Rzecz rozwija się typowo.
Najpierw krzyczący polityk lub jakiś lokalny autorytet, opisujący i piętnujący zło, którego się rzekomo dopuszczają ignoranci, bezbożnicy lub zgoła zdrajcy u władzy.
W wyniku tego słuchacze pytają się, a co jeśli on ma rację? To bowiem już wyzwoliło obawę, często zaś schadenfreude. Okazuje się bowiem znowu, że mądrale jak zwykle są przeciwko ludowi. Potwierdzenie zawsze znajduje się u swojaków, którym można zaufać, gdyż myślą tak samo. Tu zaś najbardziej się liczy zdanie prezentującego najgroźniejsze warianty. Potem już działa strach, odbierając zdolność do wnioskowania.
Jest też trudność. Dla powodzenia akcji ważny jest czynnik wzmacniający. Inicjator rzeczonego procesu powinien wyglądać jak swojak. Ten zaś przeważnie albo jest politycznym oszustem i udaje troskę o prostego człowieka, albo nie po to się wyzwolił ze środowiska ciemnego ludu, aby go naśladować strojem lub nawet tylko mową. Wszak prezentowanie pańskości również jest znakiem awansu. Szczególnie w środowisku postfeudalnym lub postanalfabetycznym. Dlatego mowa agitatora musi być tym bardziej mocna.
Polityczną zaś paranoję mamy chyba we krwi. Stary dowcip opowiada o piekle, w którym kotły z potępieńcami innych nacji musiały być pilnowane przez diabły, aby gotowani w nich nikczemnicy się nie rozbiegli. Polskie nie, nasi bowiem grzesznicy sami się wzajemnie wciągają we wrzącą smołę.
W realiach przeludnionej, małorolnej wioski jedynym skutecznym sposobem polepszenia własnego bytu było wyrwanie zasobów sąsiadowi.
OdpowiedzUsuńW takich realiach radość z cudzego nieszczęścia była zupełnie racjonalna i zrozumiała.
Takich wiosek już od dawna nie ma, ale ślady ówczesnej mentalności ciągle jeszcze tu i tam wyłażą.
Nie rzucę kamieniem, bo i ze mnie też.
Pozdrawiam
Radek
To prawda.
UsuńSkąpość zasobów zawsze pobudzała do porzucenia etyki. Wydaje się, ze to jedna ze strategii przetrwania, zakodowana w naszym DNA. Instynkt jest silniejszy od rozwagi.
Pozdrawiam również.
Stary
Usuń