Szacunek wymaga szacunku [Włodzimierz Czarzasty].
Mamy spór dyplomatyczny. Rzecz się rozbija o pytanie, czy nasz marszałek Sejmu obraził prezydenta USA, odmawiając poparcia jego wniosku o przyznanie Donaldowi Trumpowi Nagrody Nobla. Tak by wynikało z wpisu na X ambasadora USA w Polsce. Internet się zastanawia, czy to jednorazowy incydent, czy bliski rozwód Stanów z Polską lub tylko z marszałkiem naszego Sejmu.
Tymczasem rzecz jest chyba prosta. Wydaje się, że ambasador mimo woli osłabił oddziaływanie wniosków o poparcie, które chyba spłynęły do Norwegii od polityków wielu państw, mniej sobie ceniących imponderabilia. Jeżeli bowiem ich orędownictwo wynikało z poczucia obowiązku, charakterystycznego dla stosunku między przełożonym i podwładnym, to nie ma ono znaczenia. Jest tylko dowodem, że prezydent uważa się za godnego nagrody i jego subalterni robią to, co im polecił.
Jest gorzej. Osłabiło to także rzekomą suwerenność od Unii Europejskiej, głoszoną przez naszą ogólnie pojętą prawicę. Tyle tylko, że tę właśnie ograniczyliśmy sobie w Traktacie Lizbońskim, co jest charakterystyczne dla wszystkich umów międzynarodowych. Z USA łączy nas sojusz, ale nie wynika z niego obowiązek spełniania poleceń ich prezydenta. Wobec Unii zresztą też aż takich zobowiązań nie podjęliśmy.
Mamy więc do czynienia albo z uzurpacją, albo ambasador się pomylił. To pierwsze rzeczywiście by wymagało reakcji adresatów polecenia. Drugie zaś można uznać za niezręczność. Coś takiego sugeruje ambasador Rose, ale w przedmiocie wyjaśnienia Donalda Tuska.
Tak czy owak, marszałek postąpił słusznie, postępując zgodnie ze swoim przekonaniem. Tym samym zresztą wzmocnił rekomendacje dla wniosków, składanych przez polityków innych państw, sugerując, że oni postąpili wedle własnego przekonania. Nie czują się zatem podporządkowani.
Mamy interesujący precedens. Ciekawe, jak si sprawa skończy.