Po grubej pomyłce cienko się przędzie [Internet].
Afera ZondaCrypto przybrała dla kaczyzmu obrót najgorszy z możliwych. Uderzyła w olimpijczyków. Oni mieli otrzymać premie, należne medalistom olimpijskim, ufundowane przez ZondaCrypto. Dotąd nie dostali tokenów, które by mogli wymienić na złotówki. Ostateczny termin upływa z końcem kwietnia. Jest więc jeszcze tydzień z górą. Na tym szef PKOl opiera swoje przekonanie, że na razie nie ma podstaw do wypowiedzenia rzeczonej spółce umowy sponsorskiej.
Prokuratura wszczęła więc postępowanie, sygnalizując możliwość podobnego poszkodowania kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy ulokowali swój kapitał w ZondaCrypto. Kaczyści państwu polskiemu przypisują winę za ich straty. Obrót bowiem kryptowalutami nie jest objęty polskimi regulacjami. Inwestorzy, poszkodowani upadłością giełdy, obracającą ich kapitałem, nie mogą też liczyć na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który w wypadku plajty ratuje depozytariuszy. Wcześniej jednak zarządza i nadzoruje restrukturyzację zrzeszonej w nim instytucji, zapobiegając tak bankructwu.
Ustawy o polskich przepisach regulacyjnych dwukrotnie zawetował prezydent, uznając je za przeregulowane. Jesteśmy więc jedynym państwem w Europie, które nie kontroluje rynku kryptowalut. Wskutek tego nasi depozytariusze w nie kapitału mają podstawy do obaw, że nie mogą liczyć nie tylko na tantiemy z zysków, ale też na zwrot depozytów.
Kiedy w takiej sytuacji by byli tylko anonimowi obywatele, ich nieszczęście by miało niewielki oddźwięk. Kiedy to jednak są sportowcy, olimpijczycy, medaliści sprawa może się skończyć ostracyzmem dla wszystkich osób, promujących lub jakoś tam profitujących z działalności ZondaCrypto. Trudno im zazdrościć sławy, jaką pozyskali w taki sposób.
Będą więc na pewno skutki polityczne. Nie przypadkiem więc kaczyści już wołają, że to nie oni glosowali przeciwko odrzuceniu prezydenckiego weto. Znowu się pogrążyli w alternatywnej rzeczywistości, ale teraz niewielu znajdą naiwnych.