Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

środa, 7 czerwca 2017

Oscylator

W ramach programu: “Godny wybór. Przywrócenie wieku emerytalnego” (po PiS-owsku barokowy tytuł, aliści bez plusa, nawet bez słówka “narodowy”) odbyły się konferencje, na których sławiono szczodrobliwość władzy. Pozwala bowiem nie pracować. To tak, jak w przypadku beneficjantów stypendiów demograficznych, aby nimi być wystarczy, że spłodzą dostateczną liczbę dzieci. Tyle tylko, że wraz z wolnością od zarobkowania tylnymi drzwiami wkroczyła też stara bolszewicka zasada: “kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”. Na ostatniej z konferencji oświadczono więc, że każdy jest kowalem swojej emerytury.
Rok bowiem pracy poniżej tuskowych, “okrutnych” rzekomo wielce granic wieku emerytalnego powoduje zmniejszenie świadczeń o 8%. Ten wstrętny cesarz Europy chciał zmusić panie do pracy o siedem lat dłużej, czyli je kusił emeryturą większą o 56%! Teraz dobra zmiana uwolni kobiety od ciężaru takiego bogactwa i zostaną z głodowymi emeryturkami na łasce mężczyzn. Bo tak nakazuje patriarchalna zasada, one są potulne a on łaskawy. Ale mogą sobie pracować dłużej, jak zechcą… ich pracodawcy. Trudno się oprzeć podejrzeniu, że tym sposobem PiS chce osłabić skutki przesuwania nielubianych już pań z polityki na wysokie stanowiska w spółkach skarbu państwa.
Chociaż jeżeli chodzi o emerytury, to nie jest u nas wcale tak źle. Polacy mają lepiej jak mieszkańcy innych niegdysiejszych demoludów. A już Bułgarzy otrzymują świadczenia o sile nabywczej, stanowiącej zaledwie połowę naszych. Kiedy więc oni sięgną do rozwiązań zaproponowanych przez Tuska, a nasi “dobroczyńcy” ludu przeprowadzą swój projekt, rzecz się szybko zrówna i także na tym polu przestaniemy być wzorcem dla Międzymorza.

Dalej więc aktualne pozostaje zawołanie plantatora papryki, któremu wichry porywały namiot foliowy. Jak żyć, wołał nieszczęsny i to jeszcze zanim doświadczył dobrej zmiany. Bo co wołał potem...

wtorek, 6 czerwca 2017

Zdumienia

Kto ma się gorzej, a kto lepiej w Europie? Jak zwykle nieoceniony jest tu Eurostat. Jego dane zaskakują. Szczególnie, kiedy to dotyczy ludzi urodzonych w poszczególnych krajach kontynentu, niezależnie od miejsca zamieszkania. Okazuje się, że Polacy zajmują w tym rankingu dwudzieste miejsce, zarówno w 2014 jak i w 2015 roku. Są nieco bardziej zagrożeni biedą od przeciętnego mieszkańca Europy.
W ostatnim roku rządów tej wstrętnej PO ubóstwem zagrożonych było 15,7% rodaków, rok później, kiedy już zawitała dobra zmiana, było ich 16,6%. Rzecz nie ma wielkiego znaczenia, to niewielki wzrost. Aliści trzeba zauważyć, że w Europie się tymczasem średni stan pogorszył tylko o 0,1% punktu procentowego. Czyli jakby znowu jakiś układ.
Nie w tym jednak rzecz. Okazuje się oto, że w pierwszym roku naszej dobrej zmiany najbardziej bezpieczni przed nędzą byli Europejczycy urodzeni w Luksemburgu, Czechach i Islandii. Najgorzej zaś mieli nieszczęśnicy urodzeni Na Łotwie, w Rumunii i Serbii. W tym ostatnim państwie jedna czwarta urodzonych tam ludzi jest zagrożona biedą. W poprzednich jedna piąta.
Nie to jest jednak najbardziej dziwne. Okazuje się oto, że ubóstwo bardziej niż naszym rodakom grozi nie tylko ludziom pochodzącym z Włoch, Hiszpanii, Portugalii, czy Grecji, ale nawet z Niemiec.
Niegdysiejsza przynależność do demoludów nie usprawiedliwia więc niedostatku obywateli. Czesi i Słowacy mają się tu lepiej nawet od wysoko notowanych Belgów. Polacy zaś wyprzedzili Niemców, chociaż statystyki obejmują także byłe NRD.
Więcej, propaganda stara się nas utrzymywać w przekonaniu, że jesteśmy nędzarzami, podczas kiedy to oczywista nieprawda. Jawi się więc dość zabawna konkluzja. Norman Davis w “Bożym igrzysku” pisał o mentalności sprytnego niewolnika, rozwiniętej u nas pod wpływem ucisku pańszczyźnianego. Skutkiem jest nieustająca roszczeniowość, która się nigdy nie zadowala tym, co osiągnięte.

Trudno się oprzeć myśli, że na tym właśnie bazuje PiS-owska propaganda. Tyle tylko, że działania doradcze są jednorazowe. Nasi wykluczeni potrzebują coraz więcej. Co będzie, jak inni się wybiją ponad stan akceptowany przez nasz stereotyp? A będzie tak niezawodnie, jak się skończą pożyczone pieniądze. Czym wtedy będzie się przekonywać do siebie roszczeniowców?

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Metamorfozy

Kolejny zamach w Londynie. Ofiar niewiele, ale wstrętem przejmuje prymitywizm i natężenie złej woli zamachowców. To nie jest już odpalenie pozostawionej w tłumie bomby, ale rój nożowników wpuszczonych między przechodniów, wprowadzonych w stan paniki taranującym ludzi samochodem. Na moście, z którego można uciec tylko skacząc do wody.
Nic dziwnego, że w Mediolanie ludzie się wzajemnie tratowali po głośnym załamaniu się jakiejś wadliwej konstrukcji, podtrzymującej ekrany, na których można było oglądać piłkarzy.
Polska się wzbrania przed przyjmowaniem uchodźców, bo się boimy podobnych zdarzeń. Aliści ten właśnie strach jest celem centrali, koordynującej akcję zamachów. Nie chodzi bowiem o zabicie jakichś konkretnych ludzi, czy nawet kogokolwiek. Chodzi o pobudzenie ksenofobii i dezintegrację cywilizowanego świata. Ma wrócić stan sprzed globalizacji, kiedy to religia spajała narody, rządzone przez władców z boskim namaszczeniem, granice były zamknięte a ludy komunikowały się głównie za pomocą wojen.
Nie jesteśmy zatem wolni od skutków zamachów, mimo że ich nie doświadczyliśmy fizycznie. Popadliśmy w strach, który nam każe zapomnieć nie tylko o nakazach własnej religii, ale o obowiązku wdzięczności za pomoc udzielaną naszym uciekinierom, starszemu chyba od wierzeń w zaświaty. Więcej, jako właściwie jedyni całkowicie się poddaliśmy zakazowi ratowania tych, których zbrodniarze skazali na śmierć zabijając lub wypędzając z ojczyzny.
Każde przeciwstawienie się nikczemności jest ryzykowne. Dotąd zawsze staliśmy na czele tych, którzy wszystko potrafili poświęcić dla jej zwalczania. Teraz przodujemy wśród ksenofobów, po polsku mówiąc zastrachańców, którzy drżą przed nieznanym.
Najweselej, że państwa Międzymorza, któremu zamierzamy przewodniczyć, Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja, Czechy przyjmują uchodźców. My nie.

Minął już najwyraźniej czas, kiedy na ulicach Warszawy nie ustępowaliśmy wrogim czołgom, bo rozpierała nas narodowa duma. Teraz się zamykamy nawet przed sierotami, bo po okresie “bohaterszczyzny” doświadczyliśmy stosownej zmiany.

niedziela, 4 czerwca 2017

Gradacja

Chłop potęgą jest i basta
Ale większą jest niewiasta [Sztaudynger].
Widok dzieci niecierpliwie wspinających się na kraty bramy, zamykającej ogrody URM-u poprzedziły doniesienia z organizowanego tam dla nich pikniku. Maluchy czekały, aż pani premier da znak, brama się otworzy i zakosztują zabawy. Na razie mogły tylko przewidywać radości, których za chwilę doświadczą. Chwila się przedłużała, bo jakoś nie zdążono na zapowiedzianą godzinę albo dostosowano się do kanonów punktualności, znanych raczej z okresu, kiedy to obywatel nie bardzo był podmiotem.
– Takie dni są po to, byśmy byli razem, byśmy pamiętali, że zawsze najważniejszy jest uśmiech dziecka – mówiła na pikniku pani premier.
W zabawie brali udział także ministrowie. Pokazano symulatory jazdy, psy celników i… wypchane sarny, również aby dzieci wiedziały “po co las służy” (sic!). W sumie sympatyczna impreza.  
– Kobieta nie jest równa facetowi. Kobieta jest słabsza – powiedziała wcześniej pani Pawłowicz. Niektóre są jednak nawet fizycznie silniejsze od przeciętnego mężczyzny.
– Zaakcentowałam swoje poparcie w "czarnym marszu". Jestem absolutnie przerażona tym, co robi nasz rząd. Nie zgadzam się na to, by ktoś miał decydować za nas - kobiety. Że ktoś, kto nigdy nie był w związku, kto nie ma dzieci, nie wie, co to rodzina, chce rozstrzygać o tym, czy matka ma umrzeć, zostawić resztę rodziny. To jest jakiś kosmos – powiedziała Agnieszka Rylik.
A dzieci też mają coś mądrego do powiedzenia.
– Trzeba jeść. Nie za dużo, nie za mało. Ale na pewno trzeba jeść. A poza tym dbać o swoje rośliny, dbać o swoje zwierzęta. I tyle – tak przedszkolny ekspert formułuje przepis na dobre życie.
Nie wszystkie więc panie wydają się słabe, chociaż pani Pawłowicz wszystko wie lepiej. Jeżeli tak, to co dopiero mówić o dziecku? Musi być słabsze. Dobrze więc, że przynajmniej jego uśmiech jest dla nas najważniejszy. Facet zaś nie musi się już martwić o wszystko. To czemu przymusza niektóre kobiety, aby głosiły swoją słabość?

sobota, 3 czerwca 2017

Luddystyka

W sprawach zagranicznych mamy sukces. Pani premier określiła go jako historyczny. Oto co pewien czas miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ należy się któremuś z państw Europy Wschodniej. Tegoroczna kadencja należała do Bułgarii lub Polski. Ponieważ Bułgarzy się wycofali, my wygraliśmy rywalizację. Członkiem Rady zostawaliśmy zawsze, kiedy na ekscesy ludowych demokratów lub ich epigonów przypadało apogeum. Dziwna zbieżność.
Jest i drugi powód do dumy. Nasz wicepremier na międzynarodowej konferencji Impact’17, poświęconej przyszłości i odbywającej się w Krakowie wykazał szkodliwość innowacyjności. Niszczy bowiem stanowiska pracy. Zawsze zresztą do tego prowadziła. Na przykład po wprowadzeniu mechanicznych sposobów uprawy roli, rzesze bandosów straciły zarobek. Teraz zaś, kiedy się wprowadzi autonomiczne samochody, setki milionów kierowców na pewno nie znajdą zatrudnienia przy pucowaniu bentleyów należących do ich szefów.
Okazuje się zatem, że obowiązująca u nas ideologia, która zaowocowała miejscem w Radzie nawiązuje do tradycji luddystów. Oni u zarania XIX wieku niszczyli mechaniczne krosna, bo odbierały im pracę. Ba, zwraca się do tradycji Samoobrony. Jej twórca, klasyk obecnej praworządności zachwycał się Japonią. Przejeżdżając bowiem ulicami Tokio przez szyby limuzyny dostrzegł jakiegoś konduktora w tramwaju. Dało mu to asumpt do pochwały tamtejszego szacunku dla człowieka. W Kraju Kwitnącej Wiśni daje mu się szansę na odpłatne wykonywanie czynności, gdzie indziej powierzanych automatom.
Tak czy owak znowu nasz polityk wzbudził zainteresowanie światowych mediów. Jak się do tego doda powściągliwość ministra, który sobie wprawdzie przyznał złotą odznakę strażaka, ale natychmiast z niej zrezygnował, wyraźnie widać konsekwentną rolę PiS-u zmierzającego do dalszych pomyślnych zdarzeń w lepszej przyszłości Polek i Polaków. O naszej roli w Międzymorzu, którego państwo ustępiło nam miejsca, nie ma już co mówić.
Nie można zatem niczego zarzucić dobrej zmianie, bo nie tylko niczego nie pomieszała w Smoleńsku, ale i zadziwia świat.

piątek, 2 czerwca 2017

Kontrast

Ruszyła zasłona dymna. Ekshumacje pokazały, że trumny ofiar smoleńskich kryją szczątki różnych ofiar. Furda zatem z torturami w toalecie, ze sprawą helikopterów, ze wszystkim, co obciąża hipotekę władzy. Jest coś nowego. Platforma zaniedbała sekcji zwłok i dopuściła do ich profanacji, właśnie poprzez pomieszanie fragmentów ciał ofiar katastrofy lotniczej.
Charakterystycznie tu wypada atak na Ewę Kopacz. Ona będąc członkiem ówczesnego rządu pojechała do Moskwy, aby wspomóc rodziny ofiar w najtrudniejszych dla nich chwilach. Wywiązała się z tego tak, że dziękowano jej publicznie. I dlatego musi teraz doznać najsilniejszych ataków, bo jej postawa psuje obraz tej wstrętnej PO, która jakoby była winna tragedii.
Mamy tu dokładnie odwzorowany syndrom tak zwanej zdrady okrągłostołowej. Wszystkich architektów tamtej ugody uznano za zdrajców i odsądzono od czci i wiary. Psują bowiem samym swoim istnieniem obraz niezłomnych bojowników o wolność, w szaty których się chcą poubierać także ówcześni oportuniści. Niektórzy nie mieli w stanowczej chwili dość odwagi nawet do tego, aby się zapisać do “Solidarności” [Łoziński].
Ba, tego samego losu doświadczył Lech Wałęsa, który miał odwagę usunąć ze swojej kancelarii prezydenckiej protagonistów dzisiejszych akcji propagandowych. Natychmiast po tym się okazał “Bolkiem”, za którego złą przeszłość ręczyła bezpieka.
Stare przysłowie przestrzega przed niestosownymi kontaktami, bo miazmaty zła przenikają wszystko. Najwyraźniej skutki takiego zbliżenia są tym bardziej jaskrawe, im bardziej przyzwoitych osób dotyczą.

Znowu widać, że przysłowia są mądrością narodu, nie da się im przeczyć. Ale “warto być przyzwoitym” [Władysław Bartoszewski].

czwartek, 1 czerwca 2017

Dylematy

Ten, kto pozostawi po sobie nową Konstytucję, przejdzie do historii. Stąd zapewne rywalizacja między nominalną a rzeczywistą władzą. Referendum postulowane przez Andrzeja Dudę ma pozornie wspierać preześne dążenia do zmiany Ustawy Zasadniczej, w rzeczywistości zaś zdradza raczej chęć dołączenia także siebie do jej twórców. Stąd chyba zdumiewająca skądinąd powściągliwość PiS-u w wypowiedziach na temat konstytucyjnego plebiscytu.
Najwyraźniej minął już czas, kiedy dla wspomożenia dobrej zmiany prezydent ułaskawił ludzi bez winy, bo nie byli skazani prawomocnym wyrokiem. Rzecz w tym duchu rozstrzygnął wczoraj Sąd Najwyższy, stawiając w kłopotliwej sytuacji cały obóz rządzący. Wynikałoby bowiem z inkryminowanego aktu, że niewinni potrzebują łaski, aby nie zaznali kary.
I to już chyba ostatni problem, na który zarówno prezydent jak i partia reagują jednakowo. Beata Mazurek określiła uchwałę SN jako nadużycie prawa przez sąd. Wygląda jak retorsio argumenti w wydaniu dla ubogich. Bo nawet Ryszard Bugaj zauważył, że po jednej stronie jest minister Jaki, po drugiej profesor Zoll, on więc nie ma wątpliwości, kto ma rację.
Wracając jednak do Konstytucji trzeba stwierdzić, że drugim po rywalizacji ośrodków władzy problemem, przed którym stanie rządząca partia, jest stworzenie parlamentarnej większości dla jej zmiany. Gdyby się udało przyłączyć kukizowców, peeselowców i niezrzeszonych posłów do tego pomysłu, można by tu liczyć na sukces sejmowego głosowania. Tyle tylko, że PSL, pomny losu poprzednich przystawek raczej się nie zgodzi na przyjęcie teraz roli jednej z nich. Kukizowcy zaś w najbliższym czasie się rozpadną, wydzielając z siebie frakcję lirojowców, co bodaj wyklucza jednoczesne współdziałanie zwolenników obu wokalistów w dziele tworzenia PiS-owskiego pomnika.
Wszystko zaś pokazuje niezdolność naszych polityków do odrzucenia spraw ambicjonalnych w imię celu zasadniczego. Tyle tylko, że nowa Konstytucja również ma na celu wyniesienie swych autorów do poziomu twórców Ustawy Rządowej z 3 maja 1791 roku. Także zatem schodzi z piedestału pomiędzy zwykłe ludzkie namiętności.
W tej sytuacji pozostaje PiS-owi tylko “wyjaśnianie” katastrofy smoleńskiej i obrona przed uchodźcami jako powody uzasadniające jego trwanie u władzy. Dobrej zmiany już przecież dokonał. Tyle tylko, że teorię zamachu pogrążyła sprawa Berczyńskiego a obrona przed uciekinierami z państw w stanie wojny stoi w sprzeczności ze stanowiskiem Kościoła. Więcej, powoduje wątpliwości nawet Mariusza Błaszczaka.

Jak więc rządzić w takich warunkach?