Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

środa, 10 lipca 2019

Prądy

Dwóch speców skoczyło sobie do oczu w kuluarach ostatniego kongresu PiS. Chodziło o to, że zdaniem prostego członka PiS minister rolnictwa sprzyja niemieckiemu interesowi.
Oczywista pomyłka. Przecież to rosyjski interes był ostatnio w zainteresowaniu mediów. Chodziło moskiewskiej dyplomacji o to, aby się wyzwolić z sankcji za rozbójniczą politykę. Pierwszym krokiem do osiągnięcia tego celu miało być uzyskanie dla Rosji pełnych praw w Radzie Europy. I wedle Onetu delegacja Polski się temu nie sprzeciwiła.
Jacek Czaputowicz tłumaczy, że podczas obrad szczytu Rady Europy w maju tego roku, w Helsinkach tamtejszy główny nurt oddał Rosji prawo głosu, odebrane jej wskutek aneksji Krymu. No a my przecież usilnie pragniemy, aby jednak być w centrum zdarzeń, nie bacząc na preześne sugestie co do treści, jakie pływają w nurcie. A w ogóle, to w inkryminowanej deklaracji helsińskiego posiedzenia Rady Europy Rosja nie była wymieniana. Mówiono tam tylko o tym, że wszyscy jej członkowie mają równe prawa.
To jest jednak bardziej jednoznacznie jak z listami poparcia do KRS-u. Najpierw kancelaria Sejmu obwieściła, że ich nie ujawni. Potem sąd nakazał ujawnić. Kancelaria więc się zgodziła z głównym nurtem i obiecała, że to zrobi. Aliści teraz się okazało, że chyba jednak nie.
Jerzy Wittlin doradzał jak być przeciw, kiedy inni są za. Otóż należy w takim wypadku przede wszystkim sporządzić wykaz i troskliwie pamiętać o miejscach, w których się jednak przeciw nie jest. Najwyraźniej są tam Helsinki. I zmarły już prześmiewca nie uwzględnił jeszcze jednej okoliczności, czasu. Ten bowiem, jak to wykazała dobra zmiana, zmienia wszystkie oceny.
A kłócić się ze sobą powinni dobrozmieńcy raczej o to, czy w jedną sekundę da się posadzić 32 drzewa, czy może więcej. I jak to zrobić, skoro sam premier obiecał taką wydajność, a nie zarządza prywatnymi gruntami, na których mają wyrosnąć dęby, buki i co tam jeszcze.
Aliści to wszystko furda. Skoro mamy już znaczącą część owego miliona samochodów, mieszkań plus, oświatę wreszcie uporządkowaną, służbę zdrowia bez kolejek, szybkie sądy, helikoptery bojowe i transportowe w wojsku, okręty wojenne, odbudowaną stocznię w Szczecinie (od ostatniego poniedziałku jest już zarząd) i w ogóle plus, to nie ma powodu do rozważań nurtów i innych drobiazgów.
Tak właśnie by działał demokratyczny cezaryzm (aby nie mówić o komunie) gdzie władza wykonawcza góruje nad innymi.

wtorek, 9 lipca 2019

Racjonalizm

Profesor Rychard porównując propagandę PiS-u i opozycji w pierwszej dostrzega mnóstwo emocji i niewiele racji, w drugiej odwrotnie. Zupełnie inaczej to postrzega albo raczej udaje, że postrzega Prezes. Szyderczo doradza on opozycji aby się dopracowała racji, wtedy będzie mogła liczyć na poparcie, którym się szczyci PiS.
Nie można się wyzbyć logiki na korzyść emocji, bo się popada w odruchy. Uczucia bowiem wyprzedzają myśl, często więc po ich doświadczeniu jest już za późno na refleksję.
Wyparcie zaś emocji kończy się dogmatyzmem, który się staje substytutem odruchu. Człowiek bowiem potrzebuje szybkich metod reagowania albo interpretacji tego, co odnotowały zmysły. Musi się zatem posługiwać uczuciami, do czego wystarcza ciało migdałowate, nazywane też gadzim móżdżkiem, niezależnie od kory mózgowej, potrzebnej do rozważenia napotkanych problemów. 
Kiedy więc kłamca daje do zrozumienia, że kłamie, budzi emocje zarówno w tych, którzy by mu byli skłonni wierzyć, jak też w sceptykach. Pierwsi bowiem w wypowiedzi kłamcy dostrzegają przekorę, drudzy prowokację. Prawdą zaś w naszym przypadku jest, że opozycja nie powinna się wyrzekać emocji, szczególnie kiedy się ich wypiera Prezes. Zwłaszcza przed wyborami.
Podstawowym jednak nakazem logicznym powinno być stwierdzenie, że nie ma konkurenta poza dobrą zmianą. Szczęśliwie ona sama nie tylko przeciwnikom daje wiele powodów do gniewu. Wystarczy to wykorzystać. Nie ma więc powodu do zwalczania się wzajem.
I wierzyć trzeba naukowcom, nie politykom. To wiedzą wszyscy. Dlatego dobrozmieńcy starają się za wszelką cenę zohydzić inteligencję swym zwolennikom. Nie darmo też w dobrozmiennych kręgach własny elektorat jest nazywany “głupim polskim ludem”, co jest kolejną nieprawdą. Podlega on tylko fałszywym emocjom i to właśnie trzeba naprawić.
Bo “nic nie jest złem ani dobrem samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim”[Szekspir].

poniedziałek, 8 lipca 2019

Ogląd

— Ten kraj wrócił do ustroju sprzed 1989 roku — pisze o nas w Financial Times Martin Miszerak, jeden z amerykańskich doradców rządu Tadeusza Mazowieckiego. Dowód przedstawia też NBC News przypominając praktyki z czasów komunizmu, kiedy to z prowincji dowożono ludzi autobusami, aby ci licznie witali radzieckich przywódców. Teraz każdy działacz dobrej zmiany może zaprosić 50 osób na powitanie Donalda Trumpa i partia pokryje koszta wynajmu dla nich autobusu.
Często słyszymy, że dobra zmiana to nie komuna i porównywanie jej do władz z tamtego okresu to tendencyjna propaganda. To dobre dla tych, którzy tamtego czasu nie pamiętają. Podstawowe cechy realsocjalizmu to kierownicza rola jedynie słusznej partii, hierarchiczna struktura władzy i podrzędna rola finansów. Z tym wszystkim mamy do czynienia. Dodatkowo widać to w zakresie obsadzania kluczowych stanowisk.
— Doprowadzili do zwolnienia najbardziej szanowanych prezesów banków, zastępując ich ludźmi wiernymi partii. A kto dostał lukratywną posadę w największej polskiej firmie ubezpieczeniowej? Koleżanka pani premier, dyrektor małomiasteczkowej kliniki zdrowia — pisze Martin Miszerak. Jak się to i cały pisiewiczyzm ma do nakazów Międzynarodowego Kodeksu Funkcjonariuszy Publicznych, nakazującego między innymi praworządność, przejrzystość i uczciwość a przyjętego przez Polskę, widać gołym okiem.
Jest jeszcze jedna cecha wzięta z przeszłości: nachalna i kłamliwa propaganda. Mieliśmy zapewnienia o naprawie służby zdrowia, oświaty, sądownictwa a mamy bałagan we wszystkich tych dziedzinach i kolejne zapewnienia, że od teraz to wszystko ruszy z kopyta. Wszystko zaś w akompaniamencie zachwytów nad rzekomymi sukcesami.
Szczególnie komicznie obecna propaganda sukcesu brzmi w zestawieniu z owocami zdobywania podmiotowości w Unii. Mamy w jej instytucjach mniej przedstawicieli od państw bałkańskich, które doświadczyły jeszcze bardziej od nas dramatycznej przeszłości i w konsekwencji tamte narody dręczą traumy większe od naszych.
Ale dobrozmieńcy spodziewają się dalszych sukcesów. „Jeżeli będziemy potrafili skutecznie i sprawnie zaproponować w Parlamencie Europejskim różnego rodzaju dobre rozwiązania np. społeczne, takie jak wprowadziliśmy w Polsce, to ta kadencja Parlamentu Europejskiego może się zakończyć sukcesem. Przed Unią Europejską jest duża szansa” — tak mówi w Polskim Radiu — niezależnym medium — nowa europosłanka PiS-u byłemu europosłowi, również z PiS-u, któremu pozwolono tam wystąpić w roli dziennikarza.
Nic więc dziwnego, że rzecz wychodzi poza granice państwa i Zachód coraz bardziej się zaczyna od nas odsuwać. Jak pisze Martin Miszerak Polska już nie jest okay. Na ochotnika.

niedziela, 7 lipca 2019

Różnica

Być lewicowcem jest jednak bardzo łatwo. Po wysłuchaniu wywiadu Marka Czyża z Piotrem Ikonowiczem w Superstacji nie można sobie tego wyobrazić inaczej. Recepta jest również jasna. Wystarczy sobie uświadomić cel — sprawiedliwość. Nie, nie tę bez przymiotników. Ona niepotrzebnie komplikuje problem. Ma być społeczna. Czyli w istocie żadna. Podobnie jak sprawiedliwość żółta lub w kratkę. 
Poza tym trzeba sobie uprzytomnić wroga. Jest nim ogólnie kapitalizm a pracodawcy w szczególności. Kapitalizm, bo za cel sobie stawia nie człowieka, a kapitał. Pracodawcy zaś, bo zarabiają na posiadanym kapitale i nie dzielą się z pracownikami. W rezultacie ci ostatni pracują osiem godzin, a płaci się im za jedną. Gdyby przynajmniej za cztery, byłby jakiś tam sprawiedliwy ład.
Poza tym bogacze składają pieniądze w bankach. Biedacy je natychmiast wydają. Dlatego sponsorowanie tych, co na siebie nie zarabiają ma sens, napędza bowiem gospodarkę. Bogacenie się zaś jest bez sensu, bo tylko mnoży stan kont bankowych i prowadzi “do totalnej dyktatury korporacyjnej” (sic!). Państwo zatem powinno ustanowić prawo, które zabrania zarabiania ponad miarę.
Mamy więc i jasność programu i łatwe środki dla jego urzeczywistnienia. Natychmiast też Polacy by zarabiali przynajmniej czterokrotnie więcej i natychmiast wydawane zarobki oraz dotacje by napędzały koniunkturę. Tylko kto by pracował, kiedy by miał prawo do takiej sprawiedliwości? Kto by akceptował stan, w którym nie jego własna wiedza, zaradność i pracowitość, a państwo decyduje o tym, ile zarabia? Wreszcie kto i po co by inwestował swój kapitał, wiedząc, że nie przyniesie mu on dochodu?
No i dlaczego trwa ten korporacyjny totalizm, kiedy jego beneficjanci zamrażają pieniądze na kontach, blokując wzrost gospodarczy? Przecież waluta traci z czasem wartość. W ogóle jakim cudem ci kapitaliści mają kapitał? I czemu państwa kapitalistyczne są bogate, a socjalistyczne ...szkoda gadać? Ale furda wątpliwości. Najważniejsze, że program jest, tylko zwolenników jakby w Polsce nie ma. Na tym polega dramat naszej lewicy.   
No chyba że się jest za karą śmierci, przeciw aborcji, badaniom genetycznym, jest się homofobem i ksenofobem oraz Kościół uznaje za gwaranta moralności. Wtedy to co innego. Bo to prawda, że nie można jednocześnie należeć do lewicy i prawicy, ale nie nad Wisłą. I dzięki temu lewicowa formacja jest prawicową i ma poparcie, nawet jak jej czołowy wyraziciel ujawnia, że prawdziwy wzrost gospodarczy nastąpi, kiedy pracownicy będą “zap*****lać za miskę ryżu”.
Bośmy właśnie tacy, kiedyśmy jacy tacy. 

sobota, 6 lipca 2019

Alimentarz

Sto tysięcy złotych zaległych alimentów ma być swojej byłej żonie winien były i dotąd najweselszy premier Polski. Zawsze dbał o popularność, media więc, szczególnie brukowe były pełne doniesień, nawet o tym jaki i gdzie wybrał pierścionek zaręczynowy albo jak się przygotowywał do wywiadu telewizyjnego, ze swą wybranką w kuluarach. Również zresztą skorą do żartów.
Kiedy został odsunięty od premierowania, bowiem wedle partyjnego autorytetu dobrze się prezentował tylko na kinderbalach, stał się po pewnym czasie przeciwnikiem swojej byłej formacji. Od tego momentu chętnie był zapraszany do mediów i smakowicie oraz ze znawstwem krytykował posunięcia dawnych kolegów partyjnych.
Powrócił też z londyńskiej placówki w niewłaściwym czasie. Jedynie słuszny jest 26 lipca bieżącego roku. Odróżnia to rzeczonego premiera od autorów mnogich tweetów, którzy tymi samymi słowami(!) zapowiadają swój powrót tego samego dnia(!), właśnie 26 lipca. Zapomniawszy chyba ojczystej mowy wspierają się jakimś przekazem dnia. Trzeba więc stwierdzić, że bardzo operatywne są instytucje, które ułatwiają rodakom powrót na łono i “słuszną linię ma nasza władza” [Miś].
Kłopoty zaś męsko damskie na najwyższym szczeblu trapią chyba głównie naszych konserwatystów. Oni jak skądinąd wiadomo chętnie się puszą przed przedstawicielkami płci pięknej, ale często opornie dotrzymują składanych paniom przyrzeczeń, także przed ołtarzem.
Jakoś to rzutuje na deklaracje ideologicznych polityków w ogóle. Wydaje się, że ich lekki niekiedy stosunek do ślubowania jest odzwierciedleniem raptownych zmian w poglądach, głoszonych tam zależnie od potrzeb “góry”. Dopóki to jest dla niej korzystne, nasi konserwatyści pozostają im wierni. Zupełnie jak wybrance, póki nie zmaleje jej urok.
Ogólnie zaś rzecz biorąc od czasu Sokratesa wiadomo, że męstwo objawia się również wiernością prawdzie i sprawiedliwości. Jeżeli więc się wierzy swemu słowu i kiedy się go dotrzymuje, jest się też mężnym. Kiedy mu się nie wierzy, nawet dotrzymując obietnic nie jest się prawdzie wiernym. Nie jest się też wtedy mężnym.
Ale też męstwo nie jest jeszcze wartością, dostrzeżoną w dobrej zmianie.

piątek, 5 lipca 2019

Ambiwalencja

A co jeżeli poparcie PiS dla Rosji w RE nie jest tylko głupotą, ale realizacją poleceń? [Roman Giertych]
To jak było? W maju tego roku Rosja została dopuszczona do głosowań w Radzie Europy. Nie zwróciła przedtem Ukrainie Krymu i nie przestała wspierać donieckich separatystów. O awanturze w Gruzji nie ma już co mówić. Wedle Onetu Polska mimo to głosowała za takim ułaskawieniem. Wspieranie zaś napadniętego sąsiada uchodzi za rację stanu państw, łatwo mogących doświadczyć podobnej napaści.
Nasz MSZ się zarzeka, że nie poparł powrotu Moskwy do państw posiadających w Radzie Europy wszystkie uprawnienia. Jednakowoż w pierwszym punkcie deklaracji przyjętej na majowym szczycie w Helsinkach stwierdza się, że „wszystkie państwa powinny na równych prawach brać udział w pracach Komitetu Ministrów i Zgromadzenia Parlamentarnego”. Wszystkie, to i Rosja.
W dodatku rządowy Ośrodek Studiów Wschodnich trzy dni po helsińskich obradach stwierdził, że „17 maja podczas dwudniowych obrad w Helsinkach Komitet Ministrów Rady Europy przyjął deklarację, w której poparł przywrócenie pełnego prawa głosu rosyjskiej delegacji w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy”.
To tak, jak z miejscami w liceach dla tegorocznych kandydatów. Tysiące absolwentów gimnazjów i szkół podstawowych mogą zostać na lodzie. Jak jednak w telewizji mówił jakiś kurator, szkoły ponadpodstawowe wykazują deficyt, którego nie ma, bo zabezpieczono (sic!) dostateczną liczbę miejsc. Może licealiści in spe uważają, że zabezpieczono je przed nimi?
Albo sposoby wchłaniania się dymu tytoniowego w płuca palaczy, zależnie od gatunku palonego tytoniu. Mądrość tę, zaprezentowaną tylko PiS-owcom w Sejmie wicemarszałek próbował rzekomo skrywać nawet przed marszałkiem. Nic dziwnego, że takie postępowanie przywiodło Prezesa do oburzenia. Zakazał więc posłom swojej partii uczestniczyć w dysputach tego rodzaju, organizowanych w Sejmie.
Prawdą jest to, w co się wierzy. Jeżeli nasz MSZ jest przekonany, że popierając deklarację helsińskiego szczytu nie dawał zgody na przywrócenie Rosji prawa głosu, to nie kłamie. Podobnie jak zapobiegliwy kurator, który dba o bezpieczeństwo nieistniejących miejsc. Albo wicemarszałek, który niczego nie skrywał.
Ocena jednak należy do odbiorców treści rządowych komunikatów. Oni mają różne sposoby ich interpretacji. Niektórzy przecież nawet nie słyszeli wolszczyzny, języka radosnych propagandystów. Ale jedno jest pewne, wiara przenosi góry.
I dlatego właśnie “byczo jest”. Jeżeli się w to wierzy.

czwartek, 4 lipca 2019

Uniwersalia

Wypieranie, na przykład prywatnych inwestycji to mechanizm znany z gospodarki. Powiększenie wydatków państwa powoduje wzrost produkcji i dochodu. Wywołany tym popyt na pieniądz pociąga za sobą podwyższenie stóp procentowych. To z kolei tłumi inwestowanie i niweczy efekt wzrostu wydatków państwa. Ono bowiem nie ma pieniędzy, nie może więc ich mnożyć. Nawet Salomon tego nie potrafił.
Podobnie jest w dyplomacji. Im głośniej ktoś krzyczy na międzynarodowym forum, tym więcej media mówią o krzykaczu. Ale też im mniej on ma argumentów, tym mniej jest skuteczny. Jeżeli nie ma ich wcale, traci tylko energię. Aby więc zatuszować swoją klęskę, nawet aby tylko zachować dobre o sobie mniemanie, zarówno niedołężny ekonomista jak i podobnie zręczny dyplomata musi... świętować sukces.
Teraz mamy taką właśnie sytuację. Znacznym wysiłkiem doprowadziliśmy do tego, że Frans Timmermans pozostał na stanowisku komisarza do spraw praworządności. Aliści na czele Komisji Europejskiej stanęła konserwatystka, która z zasady nie znosi łamania ...zasad. Kiedy się jeszcze do tego dołączy stanowczość, udowodnioną jej dotychczasową postawą, to mamy taki stan, w którym maltański sukces nie był wcale taki mały. Teraz to dopiero wygraliśmy. Zwłaszcza że Ewa Kopacz została wiceprzewodniczącą Europarlamentu a Zdzisław Krasnodębski nie.
Stajemy się więc tymi, którzy własny wizerunek szanują podobnie, jak dobrozmienni europarlamentarzyści Unię, rozpierając się na swoich siedzeniach, kiedy ich koledzy stojąc oddają Europie honory.
Bo każdy stoi tam, gdzie się ustawił. Niektórzy muszą jednak udawać, że się znajdują gdzie indziej. Najgorzej zaś rzecz wypada, kiedy tylko oni sobie wierzą.