Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

piątek, 27 czerwca 2014

Posłuch

Ostatnie zdarzenia znowu przypominają istotę demokracji. Realizuje się w niej pomysły akceptowane przez większość, ale każdy ma prawo mówić o tym, co mu podpowiada jego własny instynkt i szukać sposobów na jego realizację. W rezultacie to przedsiębiorczość i zdecydowanie ludzi wolnych zbudowały cywilizację a nie dogmatyzm moralistów. Skutki ślepej wiary najlepiej prezentuje zacofanie państw fundamentalistycznych, gdzie wszyscy obywatele muszą bezwzględnie podzielać poglądy i spełniać wolę swych wodzów. Doktrynerstwo tak samo fatalnie piętnuje partie polityczne. Expressis verbis wyraził to uczestnik partyjnego zjazdu PiS w trzeciej dekadzie listopada 2010 roku, mówiąc że jeżeli ktoś chce wiedzieć co on myśli, ma pytać Kaczyńskiego. 
Z tej konstatacji wynika dramatyczny skutek. Kiedy szef partii wodzowskiej każe, to wszyscy zwolennicy uwierzą chociażby w pył helowy. Nawet jak temu przeczy każda ich szara komórka. Pozostając więc w konflikcie ze samym sobą muszą przeżywać frustrację i stąd ich namiętność w zwalczaniu adwersarzy, co zdaniem pisowców stanowią element obcy, bo za nic mają preześne przekonania. Rodzi to inny skutek: uporczywe trwanie przy absurdalnych pomysłach. Chociażby takich jak kolejne wysuwanie profesora Glińskiego na stanowisko technicznego premiera. Rzecz dawno obśmiana przez politycznych komentatorów, zdecydowanie nie przynosząca profitów politycznych jest uparcie powtarzana bo partia się jej trzyma jak pijak mgły.
 
Istotą bowiem demokracji jest wolność wyrażania poglądów, zarówno publicznie jak tym bardziej prywatnie. Pomimo, że partie polityczne mają prawo wymagać od swoich zwolenników aby realizowali politykę, ukształtowaną nie z woli szefa, dyktatora, ale wypracowaną z dyskusji czy nawet sporów. Inaczej się nie da korzystać ze zbiorowej mądrości członków ugrupowania. Dlatego wymaganie aby politycy także w prywatnych rozmowach udawali przed sobą, że się bezdyskusyjnie zgadzają z linią swojej partii jest równoznaczne z odmawianiem im prawa do formułowania własnego zdania, czyli stanowi zaprzeczenie nie tylko istoty demokracji, ale i podstawowej strategii przetrwania na scenie politycznej. 
 
Dlatego też zarzut jakoby minister spraw zagranicznych, który w prywatnej rozmowie kwestionuje przydatność oficjalnego sojuszu lub minister spraw wewnętrznych, który w tym samym trybie utyskuje na bezsilność z powodu nadmiernego wedle niego liberalizmu prawa jest w demokracji czymś normalnym. Szczególnie, kiedy to robi poza swoim oficjalnym gabinetem. I czynić mu z tego powodu zarzuty może tylko ciasny dogmatyk, nawykły do bezrefleksyjnego potakiwania swojemu przełożonemu. 
 
Nade wszystko zaś partia, która wymaga od swych członków tępego posłuszeństwa nie tylko zupełnie nie pasuje do demokracji, ale też ujawnia powody niemożności wygenerowania niczego innego poza ogranymi już pomysłami. Przy czym ustawicznie prezentowany premier techniczny to jeszcze drobiazg. Zaraz za tym może nastąpić lewarowanie finansów i stypendia demograficzne, co gwarantuje szybką zapaść gospodarczą tak potraktowanego państwa.
 
Każda więc afera odsłania nowe aspekty rzeczywistości, ma więc też dobre strony i tę właściwość widać wyraźnie w ostatnim skandalu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza