Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera taśmowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera taśmowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 lipca 2014

Donosy

„Czy się brzydzę tą osobą? Brzydzę się - mówił o Piotrze Nisztorze w Poranku Radia TOK FM Roman Giertych. - Uważałem go za szantażystę, gangstera i bandytę - dodał były wicepremier. "Wprost" zarzuca Giertychowi, że ten organizował spółkę mającą na celu szantażowanie biznesmenów”. [Onet.pl]. Zaatakowany dziennikarz będzie się domagał przeprosin. Skarży się też, że wydawnictwo, z którym miał umowę na wydanie książki, traktującej o nieprawidłowościach prywatyzacyjnych, opartej na mnóstwie dokumentów z Ministerstwa Skarbu i IPNu odstąpiło od zawartej z nim umowy, podobnie jak kilka innych.
Teza „Wprost” by się może i broniła, gdyby się ukazała książka, której nakład Giertych rzekomo zamierzał odkupić. Jeżeli jej jednak nadal nie ma, podobnie jak całości nagrań, to cała sprawa się opiera na przypuszczeniach. W dodatku opartych na jednostronnie prezentowanej rozmowie przy wódce. Twierdzenie zatem, że adwokat, potomek znanej od pokoleń w polskiej polityce rodziny naprawdę próbuje zarabiać na szantażu jest dostatecznie daleko odległe od prawdopodobieństwa aby mu poświęcać większą uwagę.
 
Zdecydowanie tezie pisma przeczą też spójne wyjaśnienia Romana Giertycha u Moniki Olejnik w „Kropce nad i” a przede wszystkim potwierdzenie jego wersji przez Jana Pińskiego, trzeciego uczestnika nagranej rozmowy, w programie Elizy Michalik „Nie ma żartów”. Piński na potwierdzenie swoich słów zauważa, że rozmowa nie miała dalszego ciągu i nikt naszych miliarderów nie szantażował. Materialnym zaś dowodem jest jego późniejsza korespondencja mailowa z Nisztorem, zachowana w całości, z kontekstu której łatwo można wyczytać potwierdzenie wersji Romana Giertycha.
 
Teraz jednak rusza lawina pomówień. Wielu się raduje, bo ich zdaniem gazeta skompromitowała rządowego (sic!) adwokata. Nie sposób jednak zapomnieć, że ów w programie Moniki Olejnik, publicznie więc doradzał niegdyś prokuraturze wybór prawnej podstawy dla oskarżenia organizatorów podsłuchów z afery taśmowej. Wskutek tego zagrożenie karą za banalny czyn mogło wzrosnąć do gigantycznych rozmiarów. Temu właśnie, zemście za uprzytomnienie możliwych konsekwencji przypisuje Roman Giertych opublikowanie przez "Wprost" nagrań z jego prywatnej rozmowy. 
 
Zabrał też głos Antoni Macierewicz. I od razu mamy szereg wielce kontrowersyjnych stwierdzeń. Oto na aferze taśmowej skorzystali jego zdaniem Amerykanie. Walka, jaka się wedle szefa wiceprezesa PiS toczy w łonie PO ujawniła, że do całego szeregu nagannych wedle pana Antoniego zachowań polityków tej partii "dochodzą ukryte działania na rzecz Rosji przy deklarowanym publicznie sojuszu z USA". [ibidem]. Na odblokowanie sceny politycznej jest tylko jego partia przygotowana i to otwiera PiSowi drogę do władzy. 
 
No i występuje też tradycyjne u Antoniego Macierewicza stwierdzenie, że o całej sprawie "wiadomo o wiele więcej niż to, co zostało zanalizowane i przekazane opinii publicznej" [ibidem]. Kto wie? Amerykanie? Nie powiedział. „To wynik bezwzględnej walki o władzę między Bronisławem Komorowskim i Donaldem Tuskiem. Prawdopodobnie tropy wiodą do otoczenia obozu prezydenckiego i dlatego ten wewnętrzny konflikt jest wyjątkowo bezwzględny - mówi w wywiadzie dla „Do Rzeczy”.” [Gazeta.pl]. Wiech taką wiedzę określał zwrotem: „co pan wisz a ja rozumie”. 
 
Afera podsłuchowa wyraźnie już skończyła w maglu, gdzie się też w rzeczywistości rozpoczęła. Od połowy czerwca mamy w niej czterech podejrzanych, osiemnastu pokrzywdzonych i wielką liczbą tomów akt. Prędkość przyrostu papieru w stosunku do liczby pokrzywdzonych i podejrzanych ilustruje chyba rozmiary absurdu, z jakimi się musi zmagać prokuratura. I media. 
 
Trudno się więc oprzeć uczuciu podziwu dla czystości wizerunku pisma, prezentującego oficjalną wypowiedź, zamiast podsłuchanej. „Była żona zdradza, że zawiodła się na mężczyźnie swojego życia. Przyznaje, że był dla niej wszystkim. Dziwi się też, że prezes PiS Jarosław Kaczyński trzyma takich ludzi u swego boku. – Tak go kochałam, a on okazał się chłopcem bez zasad, uzależnionym od władzy. Ktoś tak niemoralny nie może zostać w takiej partii, jaką jest PiS! – stwierdziła” [Fakt.pl]. Tak mówi po ślubie byłego małżonka ze swoją następczynią kolejna żona, porzucona przez posła prawicy.
 
Wakacje.

niedziela, 6 lipca 2014

Debiuty

Jutro kolejne taśmy. Media wzmagają napięcie. Tym razem autorem nagrań ma być dziennikarz. Rzecz podobno dotyczy prywatnych raczej negocjacji i takich samych opinii. Tyle tylko, że o orientacji seksualnej polityków i o Prawie i Sprawiedliwości wyrażanych w dodatku za pomocą dowcipów, których i tak pełno w mediach. Na przykład, że politycy tego ugrupowania by się pozabijali, gdyby skoczyli z pułapu ego na poziom IQ. Jak w takim razie uzasadnić publikację nagrań dobrem państwa, trudno powiedzieć. Kanikuła zaczyna zamieniać niektóre publikatory w odpowiednik przedmiejskiego magla albo będzie tam też coś, co media na razie przemilczają.
W dotychczasowych nagraniach specjalną rolę odgrywały wulgaryzmy. Teraz są również zapowiadane. Słowa wytrychy ułatwiają wypowiedź ludziom nazbyt skoncentrowanym na treści aby przestrzegać formy. Zwłaszcza kiedy we własnym gronie, rozluźnieni w dodatku spożytym alkoholem omawiają interesujące ich sprawy. Wtedy przy pomocy niewielu wyrazów mogą przekazać każdą treść, zwłaszcza jak się rzecz podkreśli intonacją lub gestem. Szczególnie zaś opowiadany w takich warunkach dowcip nabiera dosadnej lekkości, jak jeszcze obśmiewa ludzi szczególnie nabzdyczonych tym bardziej. Purytańska zaś opinia publiczna może się wtedy epatować upadkiem słownictwa stosowanego przez elity.
 
Nie w tym jednak rzecz. Postęp techniki spowodował, że każdy się powinien spodziewać, iż „cokolwiek powie może być wykorzystane przeciwko niemu”. Tak to się mówi w filmach sensacyjnych produkcji USA. Zaczynamy więc wchodzić w nową jakość życia. Także w codzienności osiągamy status zachodnich fabryk snów. I jakoś się tak składa, że w publikacjach treści podsłuchów są zamieszani przede wszystkim zadeklarowani prawicowcy. Oni też chyba wynoszą z nich najwięcej korzyści. Gdzie tu tradycyjny system wartości, który jest podstawą konserwatyzmu? Gdzie antyokcydentalizm? Może w ten sposób próbują odreagować sztywność obyczaju, utrzymywaną codziennie dla podkreślenia umiłowania dla konwenansu?
 
Bitwa taśmowa z Platformą się chyba wynaturzyła w rodzaj maruderstwa, trapiącego zawsze tyły zmagających się wojsk. Nie obowiązują w nim żadne zasady. Pismo, rozochocone finansowym sukcesem, osiągniętym wskutek poprzednich ujawnień idzie za ciosem i zaczyna publikować podsłuchy, którym trudno chyba przypisać polityczną konotację. Ale na pewno zaowocuje to kolejnym powiększeniem popytu i raczej dalszymi procesami, być może też cywilnymi. Są już zresztą zapowiadane.
 
To my jednak kupujemy gazety. W tradycji Zachodu, tak ochoczo nam teraz implantowanej jest też Narrenschiff, statek głupców, wiozący swych oryginalnych pasażerów do Naragonii, po polsku raczej Głuplandii, ich ziemi obiecanej. Po drodze odwiedzają oni Szlarafię, krainę obfitości. Znowu więc nic nowego.
 
Cieszmy się zatem obfitością wakacyjnych doniesień, Naragonia jeszcze daleko.

niedziela, 29 czerwca 2014

Taktycy

Maturę zdało tylko 71% kandydatów do świadectwa dojrzałości. Przez Platformę oczywiście. Bo w ubiegłym roku było znacznie mniej oblanych egzaminów dojrzałości a nasza minister oświaty przypisuje winę mniej jakoby tego roku zdolnym uczniom. Włodzimierz Czarzasty z SLD twierdzi zatem, że pani Kluzik - Rostkowska powinna swoją własną edukację zacząć od konstatacji, że roczniki uczniów to nie roczniki win, szczególnie wedle niego ulubionych przez polityków PO. Andrzej Rozenek zaś w ogóle ubolewa nad obciążaniem uczniów wynikami matur. Przecież wiadomo, że władza jest winna, bo wedle lewicowców ma też za obywatela zdawać jego egzaminy. To tak jak w dowcipie o komunistycznym sekretarzu, który sztorcował profesora za to, że jego stopnie w indeksie nie są dostatecznie dobre a w ogóle to jest na zbyt niskim jednak roku. 
Wedle Clausewitza wojna, to polityka prowadzona innymi środkami. Czyli polityka to również rodzaj wojny. Idąc dalej tym tropem trzeba sobie przypomnieć, że ów twórca klasycznego dzieła „O wojnie” odmawiał racji bytu odwodom strategicznym, preferując równoczesne wykorzystanie wszystkich wojsk w całej kampanii. Przypisywał atoli duże znaczenie stopniowemu wprowadzaniu sił do konkretnej bitwy. Zbyt wielkie ich jednoczesne zaangażowanie mnoży bowiem straty, w wyniku czego w rozstrzygającym momencie może zabraknąć żołnierzy.
 
Wydaje się, że wbrew tej zasadzie mieliśmy w taśmowej bitwie do czynienia ze zmasowanym atakiem na PO, która odpowiedziała jednym zręcznym manewrem obronnym. Rozgrywka więc została przez opozycję przegrana i utyskiwania na matury są tylko ostatnimi strzałami ariergardy pobitej formacji, opuszczającej niefortunne dla niej pole walki. Teraz działania wchodzą w fazę kolejnego zastoju, charakteryzującego dziewięćdziesiąt procent czasu wszystkich wojen. Jak pisze Clausewitz jest on spowodowany albo ostrożnością wojowników, brakiem rozpoznania lub silnie zdeterminowaną obroną. Wydaje się, że tym razem powinniśmy mieć do czynienia z ostatnią głównie przyczyną przerwy w politycznej zawierusze.
 
Regułą jest, że zastój w wojnie nabiera stopniowo napięcia, które doprowadzone do odpowiedniego poziomu sprawia, że mały nawet epizod może urosnąć do wielkiej rangi i jego przegranie przynosi przeciwnikowi znaczne straty. Ich zniwelowanie wymaga potem bezwarunkowego zadania jeszcze większej klęski beneficjantowi poprzedniej rozgrywki. Początkiem więc poprzedniego zastoju by należało tłumaczyć niewielką siłę oddziaływania afery taśmowej na Platformę Obywatelską. Poufne bowiem rozmowy rozgłoszono kiedy już opadło wyborcze napięcie i tylko nazbyt wielu polityków było silnie zainteresowanych tym aby po utracie mandatów jakoś odwrócić od siebie uwagę mediów.
 
PiS się jednak wybiera w Polskę aby tam przenieść przegraną już bitwę. Będzie to robił nie mając już nawet odpowiednich inwektyw, bo najcięższe przedwcześnie zużył profesor Szczerski. Skutkiem pewnie będzie stopniowe wzmaganie gorączki politycznej, dzięki czemu nie trzeba będzie potem nazbyt bulwersującej wieści dla odebrania resztek owoców taśmowej afery… Prawu i Sprawiedliwości. Sprawa jest bowiem przesądzona kiedy się zważy swoistą zręczność partyjnych wyrazicieli. Przykładem tu może być Smoleńsk, dotąd wykorzystywany dla wzmagania przez PiS napięcia w czasie zastoju. 
 
Nie próżnuje też lewicowa lewica, tworząc niezupełnie nową partię z niezbyt gramatyczną nazwą. Dom Wszystkich Polska, tak się będzie nazywać. Będzie inna. Ma prezentować nowe, sprawiedliwsze przepisy, ułożone przez swego jedynego chyba przedstawiciela w Sejmie, Ryszarda Kalisza.
 
Rozpoczyna się zatem zastój, w którym PiS będzie epatował coraz bardziej groteskowymi wynalazkami retorycznymi, mającymi opisać rzekomą nikczemność PO. Bezbożni zaś lewicowcy strzelają maturami. Oni i tak w naszym katolickim społeczeństwie nie mają wielkich szans na zgromadzenie wokół siebie należytej liczby wykluczonych, do wsparcia ich w poważniejszej rozgrywce. Zwłaszcza, że generują kolejny twór polityczny.

piątek, 27 czerwca 2014

Posłuch

Ostatnie zdarzenia znowu przypominają istotę demokracji. Realizuje się w niej pomysły akceptowane przez większość, ale każdy ma prawo mówić o tym, co mu podpowiada jego własny instynkt i szukać sposobów na jego realizację. W rezultacie to przedsiębiorczość i zdecydowanie ludzi wolnych zbudowały cywilizację a nie dogmatyzm moralistów. Skutki ślepej wiary najlepiej prezentuje zacofanie państw fundamentalistycznych, gdzie wszyscy obywatele muszą bezwzględnie podzielać poglądy i spełniać wolę swych wodzów. Doktrynerstwo tak samo fatalnie piętnuje partie polityczne. Expressis verbis wyraził to uczestnik partyjnego zjazdu PiS w trzeciej dekadzie listopada 2010 roku, mówiąc że jeżeli ktoś chce wiedzieć co on myśli, ma pytać Kaczyńskiego. 
Z tej konstatacji wynika dramatyczny skutek. Kiedy szef partii wodzowskiej każe, to wszyscy zwolennicy uwierzą chociażby w pył helowy. Nawet jak temu przeczy każda ich szara komórka. Pozostając więc w konflikcie ze samym sobą muszą przeżywać frustrację i stąd ich namiętność w zwalczaniu adwersarzy, co zdaniem pisowców stanowią element obcy, bo za nic mają preześne przekonania. Rodzi to inny skutek: uporczywe trwanie przy absurdalnych pomysłach. Chociażby takich jak kolejne wysuwanie profesora Glińskiego na stanowisko technicznego premiera. Rzecz dawno obśmiana przez politycznych komentatorów, zdecydowanie nie przynosząca profitów politycznych jest uparcie powtarzana bo partia się jej trzyma jak pijak mgły.
 
Istotą bowiem demokracji jest wolność wyrażania poglądów, zarówno publicznie jak tym bardziej prywatnie. Pomimo, że partie polityczne mają prawo wymagać od swoich zwolenników aby realizowali politykę, ukształtowaną nie z woli szefa, dyktatora, ale wypracowaną z dyskusji czy nawet sporów. Inaczej się nie da korzystać ze zbiorowej mądrości członków ugrupowania. Dlatego wymaganie aby politycy także w prywatnych rozmowach udawali przed sobą, że się bezdyskusyjnie zgadzają z linią swojej partii jest równoznaczne z odmawianiem im prawa do formułowania własnego zdania, czyli stanowi zaprzeczenie nie tylko istoty demokracji, ale i podstawowej strategii przetrwania na scenie politycznej. 
 
Dlatego też zarzut jakoby minister spraw zagranicznych, który w prywatnej rozmowie kwestionuje przydatność oficjalnego sojuszu lub minister spraw wewnętrznych, który w tym samym trybie utyskuje na bezsilność z powodu nadmiernego wedle niego liberalizmu prawa jest w demokracji czymś normalnym. Szczególnie, kiedy to robi poza swoim oficjalnym gabinetem. I czynić mu z tego powodu zarzuty może tylko ciasny dogmatyk, nawykły do bezrefleksyjnego potakiwania swojemu przełożonemu. 
 
Nade wszystko zaś partia, która wymaga od swych członków tępego posłuszeństwa nie tylko zupełnie nie pasuje do demokracji, ale też ujawnia powody niemożności wygenerowania niczego innego poza ogranymi już pomysłami. Przy czym ustawicznie prezentowany premier techniczny to jeszcze drobiazg. Zaraz za tym może nastąpić lewarowanie finansów i stypendia demograficzne, co gwarantuje szybką zapaść gospodarczą tak potraktowanego państwa.
 
Każda więc afera odsłania nowe aspekty rzeczywistości, ma więc też dobre strony i tę właściwość widać wyraźnie w ostatnim skandalu.

środa, 25 czerwca 2014

Rowy

Czy może być silny kraj, w którym tak dalece wzniecono nienawiść jednych do drugich, że każdy go może postawić w stan wzburzenia? Kiedy wystarczy byle iskra aby zapoczątkować najbardziej absurdalne oskarżenia? Ci, którzy podzielili Polaków na prawdziwych i polskojęzycznych mogą teraz święcić triumfy. Nasze bowiem państwo może się ponownie osunąć w regres, który nas w ciągu ostatnich trzystu lat przekształcił z mocarstwa w przedmiot manipulacji, dokonywanych najprostszymi środkami nawet przez własnych obywateli. 
Skutkiem naszych wewnętrznych animozji, możliwości Polaków się objawiały najlepiej w czasach wojen, kiedy wspólny wróg jednoczył emocje co pozwalało nam współdziałać. W czasach pokoju też, tylko za granicą. W ubiegłym tygodniu zmarła w USA wynalazczymi kewlaru, Stefania Kwolek. Polacy opracowali pleograf, metodę hodowli kryształów, tranzystor, logikę maszyn cyfrowych, za granicą jednak, gdzie mniej niż u nas rozpasana zawiść i plemienny obyczaj nie paraliżują nad miarę aktywności. Nasz konstruktor pierwszego w świecie peceta musiał się przecież zająć hodowlą świń. U nas się niewiele udawało. I to pomimo prób upowszechnienia oświaty przez komunę. 
Prosty człowiek miał w Peerelu dodatkowe punkty przy egzaminach, darmowe utrzymanie na studiach, lepsze warunki awansu w pracy. Miał też jednak alternatywę. Wyższe zarobki, kiedy był niewykwalifikowanym robotnikiem. Większość sięgała właśnie po nią. Teraz narzekają, że w wyniku transformacji pozostali materialnie w tyle za swymi pogardzanymi przedtem za dyplom rodakami. Czują się wykluczeni. I w tym wszystkim by nie było nic dziwnego, gdyby się nie znaleźli politycy, którzy z amorficznej masy sierot po Peerelu uczynili polityczną siłę. Więcej, wzmocnili jej poczucie zawodu i nienawiść do tych, którzy skorzystali na upadku komuny, kiedy zaczęła u nas procentować wiedza, jak na całym świecie. 
Skutek jest taki, że każdy, nawet wydumany powód się u nas nadaje do tego aby „wykluczonych” skierować przeciwko „elytom”. Helowy pył w Smoleńsku, czy podsłuchane przeklinanie w czasie posiłków jest jednakowo dobre. Tyle tylko, że katastrofa smoleńska się wydarzyła przypadkiem a moment opublikowania podsłuchów jakby jednak nie. W rezultacie mamy wewnętrzną awanturę w momencie najlepiej odpowiadającym Moskwie. Kiedy się w Brukseli rozstrzygają sprawy istotne dla bezpieczeństwa energetycznego, świat nas znowu może postrzegać jako kraj wiecznego zamętu, który i tak wszystko zaprzepaści.
Sytuację charakteryzują cytaty z artykułu we Frankfurter Allgemeine Zeitung: "w czasie, gdy Polska jest państwem frontowym podczas jednego z najbardziej niebezpiecznych kryzysów międzynarodowych w Europie od dziesięcioleci"… …"Opozycja narodowo-konserwatywna skupiona wokół Jarosława Kaczyńskiego zachowuje się w tym kryzysie jak zawsze - zajmuje się intrygami, bez zrozumienia racji stanu" [TVN24.pl].
Po raz pierwszy od trzystu lat się zbliżamy do Zachodu, który się od osiemnastego wieku zaczął od nas oddalać. W ciągu ćwierćwiecza nadrobiliśmy dużo, ale znacznie mniej aby już dołączyć do bogatej Europy, z której nas kiedyś wykluczyło własne szaleństwo. Teraz stoimy na rozdrożu. Pójdziemy naprzód albo zawrócimy. 
Gdyby Polska miała do dyspozycji jeszcze jedno takie ćwierćwiecze, jak ostatnie byłaby zasobnym państwem Unii pozostającym poza zasięgiem manipulacji przeciwników postępu. To nam może nie być dane.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Tasiemiec

No i dziś kolejny odcinek osiemsetgodzinnego podobno serialu tygodnika „Wprost”. Minister Sikorski ma tym razem mówić Jackowi Rostowskiemu, że nasz sojusz z Ameryką jest nic nie warty i daje nam złudne poczucie bezpieczeństwa, stawiając nas w dodatku w opozycji do Niemiec i Rosji. Tyle, że to było w czasie kiedy Rosja nie atakowała Ukrainy i nie groziła rozszerzaniem konfliktu. Teraz rzecz się mocno zmieniła i już tylko niektórzy opozycjoniści odbywają badania lekarskie w dniu odwiedzin amerykańskiego prezydenta. Niemniej z powodu gadulstwa jej szefa, uprawianego bez oglądania się na niebezpieczeństwo podsłuchu może się pojawić nowy element w naszej dyplomacji. Meritum bowiem rozmowy może być traktowane jako truizm, czy nawet powstanie z kolan.
Podobny przecież pogląd wyraża wielu polityków oficjalnie. Jest oczywiste, że kiedy będziemy skłóceni ze sąsiadami i w dodatku odmówimy naszej armii modernizacji, staniemy w takiej pozycji jak Ukraina, za którą nikt nie chce walczyć bardziej intensywnie niż ona sama. Zakupy zaś amerykańskiej broni i samolotów dla LOTu, wynikające z demonstrowania przyjaznej gorliwości uchodzą też u nas za demonstrację jakiegoś mało zrozumiałego wstrętu do unijnej gospodarki i nie przysparzają nam przyjaciół w Europie. Obserwujemy przy tym małą skłonność Amerykanów do wzajemności, czego znakiem są chociażby wizy, skąpo wydzielane Polakom. Wygląda więc na to jak by też nam przypisywali ową oburzającą niektórych płytką dumę i niską samoocenę. 
 
W tym ostatnim jesteśmy chyba podobni do Rosjan, którzy również zachowali przedchrześcijańskie jeszcze nawyki plemienne, tyle tylko, że my je ukrywamy za rzekomą zachodniością, oni nimi przykrywają wschodniość. Zarówno my jak i oni nie mamy tradycyjnych elit a nowe, wyrosłe z ludu nie są u nas i u nich nazbyt poważane. W tej sytuacji tu i tam widać podwyższoną akceptację dla zachowań irracjonalnych, mających zastąpić pewność siebie ludów, których rozwój nie był długo blokowany i nie postępował chwilami tak burzliwie. Rosjanie zatem w chwilach rozterek pięścią próbują imponować światu a my odtrącaniem Europy, jako rzekomo niegodnej naszej dumy. Amerykanie zaś zachowują się racjonalnie i spokojnie wykorzystują okazje jakie im stwarzamy. Dopóki są dla nich korzystne.
 
Teraz się możemy oburzać na listonosza, czyli „Wprost”, ale tym razem mamy papierowego tygrysa poszczutego na rząd Donalda Tuska, w odróżnieniu od sztucznie wykreowanej przedtem bomby. Czynni politycy wymieniają między sobą opinie i informacje. Można się oburzać na formę, ale karczemny język w miejscu, gdzie się potajemnie nagrywa rozmowy gości wydaje się zupełnie zrozumiały. Nieostrożne by może było wyrażanie tam prywatnych opinii przez urzędujących ministrów gdyby zawierały jakąkolwiek tajemnicę albo byłoby zdrożne gdyby dotyczyło planowania czynów przestępczych. Niczego takiego tam dostrzec nie można. Chyba, że schowany na razie kontekst rozmowy zupełnie odwraca pozorny sens wypowiedzi. Aliści o ciąg dalszy możemy być spokojni. Nastąpi niezawodnie. 
 
Rosyjskie zaś media, uradowane podsłuchami krzyczą o rzekomej niechęci u nas do sojuszu z Ameryką i o przyspieszonych wyborach. Jak kania dżdżu tam czekają porzucenia planów uwolnienia Unii od gazowego dyktatu Gazpromu i koordynacji jej wspólnej polityki wschodniej przez państwo mniej się kontrowersyjnie wobec sąsiadów zachowujące od Polski, pod nowymi rządami.

piątek, 20 czerwca 2014

Kalistyka

Postkomuniści grzmią, że wraca w Polsce państwo policyjne, organiczni zamordyści wołają o prześladowaniu mediów, dziennikarze jak lwy bronią redaktora, którego przedtem zgodnie i bez litości obmawiali w swoich tekstach, wyciągając niewygodne fakty z przeszłości. Wszyscy zaś chcą ustąpienia rządu, rzekomo wdrażającego prokuratorskie metody dławienia wolności słowa, w odwecie za ujawnienie, że jego funkcjonariusze przeklinają przy posiłkach we własnym gronie. Najzabawniej tu wypadła ekstaza Moniki Olejnik, która jedną krótką wypowiedzią porwała za sobą tłumy dotychczasowych kontestatorów własnej postawy dziennikarskiej. Skrytykowała rząd niczym gorzowska siedemnastolatka, w oczy i tak samo mądrze. Świat stanął na głowie.
Zastępca redaktora naczelnego tygodnika, uciemiężonego przez władze żądaniem wydania dowodów przestępstwa odpowiada premierowi, że opublikuje taśmy w takim czasie, jaki uzna za stosowny a nie od razu wszystkie, jak by sobie tego życzył szef rządu. Ma podobno dziewięćset godzin nagrań i jak by wszystkie ujawnił to albo by słuchaczom uszy zwiędły albo by pozasypiali z nudów. Sami się bowiem też lubują w soczystych skrótach myślowych, gdy pośród rozmówców pozostających w komitywie jeden wyraz zastępuje całe piętra retorycznych łamańców. Na razie jednak o tym zapomniano i opinia pała oburzeniem, jak jej każe pierwsza dama naszych mediów, znienacka sprzymierzona z moherowymi moralistkami. 
 
Na tym tle namaszczone postulaty PiSu wypadają szczególnie komicznie. Jak zawsze, kiedy słowami trzeba igłę przebrać za widły. Tyle tylko, że zużyli już najcięższe określenia przy mniej korzystnych okazjach i teraz pouczenia wodza sprawiedliwych są składane z wyblakłych wielce metafor, nie robiąc takiego wrażenia jak nieoczekiwana emfaza popularnych dziennikarzy. No i tradycyjnie przekraczają pisowcy granicę absurdu. Wedle nich nie chodzi tu już platformersom o zachowanie władzy a o uniknięcie więzienia. Dlatego mają przekraczać wszelkie granice aby uniemożliwić publikację dalszych taśm. I dlatego chcą je oddać organom śledczym, które rzeczywiście mogą zaordynować odsiadkę. 
 
Prokuraturze w dodatku chodzi o dostęp do pierwotnego nośnika zapisu informacji, czyli o to, czym rzekomo nie dysponuje w śledztwie smoleńskim i co inspiruje wyrazicieli PiS do twierdzenia jakoby ono nie istniało. Odmowa zatem dostępu do oryginalnych dowodów mogłaby tu właśnie oznaczać chęć zablokowania śledztwa przez odebranie prokuratorom dostępu do pierwowzorów nagrań.
 
Co się zatem stało? Mamy chyba silny nawrót relatywizmu. Media są pluralistyczne i na co dzień wiele z nich się skłania do potępiania podsłuchów, nawet jak są legalne, bo czynione w majestacie prawa. W żadnym atoli wypadku nie dopuszczają ingerencji prokuratury we własne podwórka. To ma pozostać nietykalne. I dla uzasadnienia sprzeciwu stosują pierwszy z trzydziestu siedmiu sposobów wymienionych w „Erystyce” Schopenhauera. Uogólnienie. Zgodne z prawem żądanie wydania nośników nazywają ograniczeniem wolności wypowiedzi tak, jak by to było równoznaczne z wymaganiem ujawnienie donosiciela. Nie o niego tu raczej chodzi a o stwierdzenie modus operandi podsłuchiwaczy, dzięki czemu by można było dowieść lub wykluczyć udział w prowokacji kogoś, już podejrzewanego o maczanie palców w całym przedsięwzięciu.
 
Puszczenie jednak przez dziennikarzy płazem tego, że policja grzebie w redakcyjnych szafach i komputerach oznaczałoby uznanie równości korporacji medialnej wobec prawa. Każdemu bowiem można zaaplikować prokuratorskie przeszukanie mimo, że konstytucja chroni naszą prywatność. I nikt się temu nie dziwi. Ale też nie każdy może sobie uzurpować stawanie ponad prawem, bo jest tylko szarym obywatelem a nie aż dziennikarzem.
 
Wojna się zatem toczy o to co zawsze. O przywilej. A za to się opłaca składać ofiarę z własnej powagi nawet najbardziej znanym żurnalistom. Ona zresztą jest pierwszą ofiarą rzekomego łamania prawa przez tyrański jakoby rząd Tuska.