Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

środa, 5 stycznia 2011

Przemiany

Po świętach markety raczej pustoszeją. Znowu się na pierwszy plan wybijają pracownicy układający i segregujący towar na półkach. Ale i lepiej widać kupujących. Nie wtrącam się do zakupów, popycham jedynie wózek, mam więc mnóstwo czasu na obserwacje.

Stateczna para na przykład, ona bezwzględnie decyduje co trafi do wózka. On ma prawo ewentualnie poukładać to, co niecierpliwa połowica porozwalała. No, jeszcze przy wadze ponaciska stosowne przyciski. Pani nie może, “bo ja jestem taka mala” [Eugeniusz Bodo]. W ogóle autodeprecjacyjne techniki manipulacji kwitną w sklepach i na kilometr widać, kto im ulega. Dotknięci ich skutkami panowie są napięci, w stałej gotowości do pomocy, przedwcześnie zniszczeni stresem. Stosujące je panie też się wyróżniają, zarówno strojem jak i makijażem czy nawet sposobem chodzenia. Mają w sobie jakiś specyficzny rodzaj infantylizmu. Pasożytniczy taki raczej.

Dwudziestolatka, studentka zapewne, stoi przy półce z kremami i z wahaniem się wczytuje w jakieś opakowanie. Wkłada je wreszcie z miną pełną ulgi do koszyka. Odchodzi wolno kilka kroków i… wraca. Przybiera na twarz wyraz rozsądku i odkłada kosmetyk. Odchodzi. Ale, po chwili znowu wraca. Bierze go do ręki i… zauważa mój wzrok. Kieruję więc do niej gest typu: raz się żyje. Dziewczyna się rozjaśnia, wkłada krem i odchodzi ostatecznie, śląc mi radosny uśmiech. Cholera. A jak przeze mnie zrezygnuje z iluś tam obiadów? Pamiętam przecież co potrafiły robić moje koleżanki. Nie czuję się dobrze.

Są też zgodnie kupujące pary, dzielące się obowiązkami i dyskutujące w razie rozbieżności zdań. O, dwóch młodych chłopaków z uwagą wybiera sery. W wózku mają już stateczne zakupy na cały tydzień. Wyróżniają się uporządkowanym odzieniem i dokładnie wyczyszczonymi butami. W ogóle są dziwnie uregulowani. Kumple kupują razem piwo, chleb i kiełbasę i jeszcze… piwo, żeby tak od razu drugi raz nie chodzić. Nie noszą czapek, szalików a buty… szkoda gadać. A tu…

Jakaś trzydziestolatka zapełniła wózek po brzegi przeróżnymi produktami. Przyjezdna, rzadko tu chyba trafia. I sama to do samochodu zapakuje. Ale też jej sylwetka sportsmenki nie pozostawia wątpliwości, że  zrobi to bez najmniejszego trudu. Nie manipuluje, jest dorosła, wyzwolona, samodzielna.

Mężczyzna w średnim wieku sam robi zakupy. W wielkim wózku jest jedynie chleb, masło, kiełbasa i
- gdzie oni ser teraz przenieśli? - pyta mnie przechodząc obok.
- tam - pokazuję.

Bo to przecież nowy rok i wszędzie zmiany. A na sklepowych półkach przede wszystkim.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Spacer

Zaśnieżony park. Alejką idą dwie, niemłode kobiety z poprzedzającym je nieletnim berbeciem.
- Mamy powody do optymizmu w nowym roku pani Aniu - niższa pociesza wyższą - niebawem się zmieni rząd na lepszy, narodowy i sprawy pobiegną właściwym torem.
Głos optymistki jest podniesiony, żywy, wyraźnie racjonalizuje dyskomfort wynikły chyba z tego, że się jej poprzednie przewidywania nie sprawdziły. Pewnie się według nich ten wilczooki Tusk miał przed końcem roku z władzą pożegnać i znowu u steru Kaczyński, jeżeli nie sam Macierewicz pojawić. A tu…

Panie nikną za zakrętem a ja, skracając sobie przez kopny śnieg drogę trafiam na samotnie spacerującą, też niemłodą kobietą z dwoma kijkami, podobnymi do narciarskich.
- Przyjemnie skrzypi taki śnieg pod stopami - powiada pani.
- Właśnie, aż dziw że rezygnuje pani z tego efektu wybierając ubitą dróżkę - powiadam.
- Bo też tu pełno pozostałości po sylwestrowych fajerwerkach,
- Tradycja - powiadam - tylko dwa domy w tym roku spłonęły i jeden się jej zwolennik osobiście rozstrzelał, widać że coraz mniej szkodliwa.
- Głupia tradycja, skąd się to bierze?
- Każdy chce jakoś być od innych lepszy, jeden więc kupuje duży samochód, drugi więcej rakiet a inny zapala dom czy łeb sobie urywa. Zastaw się a postaw - odpowiadam - to odwieczny pęd do błyszczenia. Dzięki temu to człowiek opanował świat a nie pająki na przykład, samotnie żyjące czy inne mrówki, dążące stale do podporządkowania się jakiejś królowej.

- Ale głupio rządzimy - odpowiada kobieta - zanieczyszczamy środowisko.
- Jeżeli nie ma punktu odniesienia - innej planety zarządzanej lepiej jakoś nie widać, to wyrokując musimy się opierać na skutkach. A te pokazują, że jednak rządzimy, czyli nie jest tak źle. A śmieci zapewniają utrzymanie całemu szeregowi bardzo skrzętnych organizmów, które by bez nich sczezły marnie - odpowiadam.

- A co pan sądzi o Biblii - mówi pani.
- Święta księga trzech religii, wspaniale opisująca świat sprzed trzech tysięcy lat.
- Jak to trzech religii? - rozmówczyni wyraża chyba oburzenie.
- Judaizmu, chrześcijaństwa i islamu też - odpowiadam.
- No i człowiek jej nie przestrzega.
- Dosyć jest chyba anachroniczna. Zasada ząb za ząb chociażby.
- A kochaj bliźniego, nawet swego wroga?
- To już Nowy Testament, czyli dostosowanie Biblii do nowych warunków.
- Ale tego też ludzie nie przestrzegają.
- Bo się jego zasady też nie bardzo sprawdziły. Nie da się żyć “jako ptaki niebieskie co nie sieją i orzą a” -przecież starożytny poziom wiedzy osiągnęła ludzkość dopiero półtora tysiąca lat po kompletnym rozłożeniu Rzymu przez chrześcijańskie reguły.

- No to do widzenia panu, wszystkiego dobrego w Nowym Roku życzę.
- Do widzenia, wzajemnie.

Jakoś trudno o rozstrzygnięcie. Ale, oby nam się.

niedziela, 2 stycznia 2011

Prekursorzy

Ędruś i Aruś, pracownianiani les enfantes terribles,  urwali się z sympozjum na Politechnice i wpadli do mnie wielce podekscytowani, prowadząc ze sobą sympatycznie się prezentującego blond dryblasa o powierzchowności książkowego mola. 
- Przyprowadziliśmy pana Adiunkta z katedry fizyki akademii medycznej - wołali przedstawiając gościa - zajmuje się termografią i ma ze sobą urządzenie.
- Nada się do teledetekcji - wołał Ędruś, entuzjasta technicznych nowinek rozstawiając na dywanie trójnóg podobny do fotograficznego.

Pan Adiunkt rzeczywiście przyniósł przenośny termograf własnej konstrukcji i za jego pomocą można było jednym rzutem oka z odległości pół kilometra stwierdzić, że mężczyzna kopiący w ogródku za Odrą cierpi na stan podgorączkowy, czyli zamiast na chorobowym leżeć w łóżku zajmuje się rezedą czy innymi azaliami.
- Jest nastawiony na medyczne temperatury, dlatego teraz nie zareaguje na podłoże ale go można łatwo przeskalować - mówił adiunkt.
- O - zawołał Aruś, kierując obiektyw urządzenia na filiżankę z kawą - ocipiał.
- Niestety, stawianie mu zbyt wygórowanych wymagań tak się kończy - powiedział wynalazca - musimy teraz trochę poczekać aż się zresetuje.

Do gabinetu przyszła też, zwabiona hałasem pani Asia. Swoją nieprzeciętną urodę równoważyła równie wielką hipochondrią, nadającą jej wprawdzie wyraz interesującej melancholii ale według cyników będącą wyrazem autodeprecjacji, wycelowanej na pobudzenie w otoczeniu opiekuńczego instynktu. Pan Adiunkt, ojciec pięciorga dzieci - jak się już zdążył pochwalić - był wyraźnie bardzo podatny na tego rodzaju psychomanipulację. Usłyszawszy skargę na złe samopoczucie natychmiast zaoferował sporządzenie termalnej mapy jej skóry, co by pozwoliło postawić diagnozę, zoptymalizować leczenie i cierpiącą uzdrowić.
- Nasi “likorze” się opierają głównie na moich diagnozach - zakończył dumnie swą orację. Chociaż, maślane dość oczy kazały wątpić w jego bezinteresowną uczynność.

Ędruś i Aruś którzy się nagle obaczyli poza obszarem panaadiunktowego zainteresowania musieli reagować i sięgnęli w tym celu po starą jak świat sztuczkę. Wzmacniali oto ironicznie własnymi dopowiedzeniami przekaz, Ędruś pani Asi, Aruś pana Adiunkta. Ponieważ główni rozmówcy byli zatopieni w swoich światach, po pewnym dopiero czasie kobieta zauważyła moje paniczne gesty, którymi próbowałem powściągnąć chłopaków coraz lepiej się bawiących zmierzającą szparko poza granice absurdu rozmową. Pożegnała się więc chłodno, tłumacząc nawałem zajęć. Trzeba też tu zresztą dodać, że sterowany perfidnie przez dwóch szyderców pan Adiunkt wykazał trochę przedwczesną i podejrzanie dużą gorliwość.

Zrobiło się przez chwilę cicho. I nagle Aruś zauważył, że po pani Asi pozostał pusty fotel a na nim przecież jej ślad cieplny…

Zabrali mi więc fotel, pożyczyli siatkowy szal od pani sekretarki aby jednoznacznie zlokalizować pomiarowe punkty i się przenieśli z panem Adiunktem do siebie. Po godzinie mogli zademonstrować imponujący dowód na przydatność termografii w teledetekcji w postaci wspaniałego odwzorowania oglądanego z bliska od tyłu, bardzo interesującego fragmentu kobiecej postaci. Jak z dumą oświadczyli powstał też zaczątek metody tworzenia takich arcydzieł poprzez proste przeniesienie sposobu kreślenia mapy warstwicowej na wydobywanie z bezdusznego papieru zarysu damskich obłości.  Tak samo można robić z lejem depresji wód podziemnych - dodawali gorąco.

- Cudo - pan Adiunkt patrzył z zachwytem na dzieło - naniosę tu narządy wewnętrzne aby panom pokazać efekt.
- Na kalkę techniczną, szkoda burzyć odwzorowanie - krzyknął Aruś. Tak się też stało.

Po starannych oględzinach tak powstałych map pan Adiunkt orzekł, że poddane badaniu fragmenty pani Asi są w zupełnym porządku i mogą bez problemu sprostać najbardziej wygórowanym wymaganiom, jakie by przed nimi stawiano. Mapę i kalkę zabrano na popołudniową sesję sympozjum. Jako argument w dyskusji. Nie wróciły już do pracowni.

A termografia się tymczasem stała jedną z cenionych metod badawczych w geologii.

czwartek, 30 grudnia 2010

Moralność

Mam wysłać jeszcze w tym roku oficjalne pismo bo jak to zrobię w przyszłym, to stracę coś tam lub w ogóle zostanę ze społeczności ludzi przyzwoitych wyklęty. Idę tedy na pocztę aby kupić znaczek, nalepić go gdzie trzeba i wraz z rzeczonym pismem wrzucić do stosownej skrzynki dzięki czemu odwrócę od siebie gniew tajemniczego a wysokiego i uprawnionego do wyklinania urzędu. Na miejscu się okazuje, że osobnik zamierzający nabyć “drogą kupna” znaczek jest takim samym interesantem jak każdy i muszę się zaopatrzyć w numerek uprawniający mnie do przeprowadzenia procedury, dzięki której się stanę posiadaczem znaczka, który mi umożliwi naklejenie etc. 

Naciskam tedy stosowny kwadracik automatu dzięki czemu mogę sobie z wysuwającej się taśmy zadrukowanego papieru oderwać znormalizowany kawałek i odczytać wylosowany numerek. Wypadło 120. Automat kusił innymi kwadracikami, nie opisanymi już jako listy ale również dającymi szansę na przeprowadzenie transakcji, która itd. Jako lojalny obywatel oparłem się jednak pokusie i zasiadłem na jednym z krzeseł. Hall pocztowy był zapełniony pokaźną między świętami też liczbą potencjalnych beneficjantów pocztowej gorliwości. Za trzema okienkami zaś pocztowymi borykali się z codziennością trzej oficjaliści płci żeńskiej, co jakoś umilało oczekującym konstatację, że trzy kolejne okienka są zamknięte na głucho.

Związki zawodowe, pocztowe, odwołały się bowiem do współczucia szefów poczty i ci zwolnili na czas świąt pewną część personelu aby ów też mógł zażywać odpoczynku. Przegapili więc pod wpływem działań “czynnika społecznego” owi dobrotliwi dygnitarze fakt, że powiększony w świątecznym szczycie odpoczynek pocztowców wyklucza odpoczywanie tych, którzy najętym procedernikom płacą właśnie za to aby sami mogli odpoczywać zamiast wystawać w kolejkach. Akcja zatem związków skończyła się zwyczajnym naciągnięciem usługobiorców na pieniądze nie tyle za nie wyświadczone co kiepsko spełnione usługi. Ot, taka moralność. Klasyczna zresztą, związkowa.

Ale nie tylko automatowe zaproszenie do skorzystania przez petenta z większej liczby możliwości nabycia znaczka czy zamknięte okienka  były tu sprzeczne z ortodoksyjnym poczuciem przyzwoitości. Okazało się, że pewne numerki spośród tych, które wypluwa automat są uprzywilejowane i mężczyzna, który się pojawił na poczcie niedługo po mnie natychmiast po swoim przybyciu został wezwany do okienka bo jeden z czterech przez niego podjętych numerków został wylosowany. Rzecz była tak oburzająca, że musiałem porzucić skrupuły.

Podszedłem więc do okienka, które tymczasem daremnie wyświetlało 103. Nikt nie podchodził do niego, bo pewnie właściciel tego numerka umarł już albo się beznadziejnie zestarzał w oczekiwaniu. Kiedy się nad stanowiskiem zapalił numer 104 podałem siedzącej tam panience swój list prosząc ją o znaczek.

- Nie potrzeba, przepuszczę kopertę przez maszynkę i ona znaczek nadrukuje - zaproponowała.
- Bardzo proszę, listy z maszynki są bardziej ważne - odpowiedziałem wywołując tym uśmiech na twarzy urzędniczki.
- Teraz jest moja kolej - oświadczyła podchodząca właśnie kobieta - mam 104 - powiedziała, pokazując stosowny kwitek na dowód - a pan - zapytała -  który ma numer?
- 103 - skłamałem bez zmrużenia oka, poczułem się bowiem uprawnionym właścicielem numerka odzyskanego po zmarłym czy zniedołężniałym tymczasem poprzednim posiadaczu.
- Niestety, list tego pana jest już w opracowaniu - powiedziała urzędniczka kobiecie uprawnionej dzięki posiadaniu stosownego numerka do tego właśnie opracowywania.

Zapłaciłem i odwracając się do posiadaczki numeru 104 powiedziałem
- przepraszam panią, zagapiłem się nieco.
- Nie ma sprawy - powiedziała oszukana pani - wiadomo przecież, że wszyscy mężczyźni są niezaradni - dodała z silnym przekonaniem - bez wyjątku. 

Ha, wykołowałem feministkę. To mnie jakoś usprawiedliwia?

środa, 29 grudnia 2010

Rozstrzygnięcie

Koniec pływackiego treningu jest przeznaczony na skoki do wody dla zaawansowanych. Kosmatek jest w ich liczbie. Piątka na oko szkrabów skacze kolejno na nóżki ze słupka startowego do basenu, podpływa do drabinki, wychodzi, podbiega do kolejki i na gwizdek Pani wskakuje z powrotem do wody.  Skutkiem tego do szatni wracają dość solidnie sponiewierani. Zachowują się więc spokojnie w odróżnieniu od mniej zaawansowanej reszty, biernie się poddając zabiegom rodziców wysuszających pociechy. Wycieram solidnie Kosmateusza ale stale jest mokry. Albo mi ciągle podstawia tę samą stronę jestestwa albo… trzeba od włosów zaczynać. Podglądam bardziej od siebie doświadczonego tatę obok - rzeczywiście, najpierw wytarł swemu chłopakowi głowę.

Pośród tłumku w szatni przetacza się płaczący rozdzierająco dzieciak. Kosmateczny rówieśnik, uczestnik grupy prowadzonej przez eteryczną Panią. Płacze więc od kwadransa z górą. Nikt się nim nie przejmuje.
- Dlaczego ty płaczesz, chłopczyku - pytam kiedy przechodzi obok.
- Bo mojej mamusi jeszcze nie ma - odpowiada na chwilę przerywając lament.
- Przecież zaraz przyjedzie, chodź z nami tymczasem pod suszarkę - proponuję.
- Nie pójdę. Będę płakał - odpowiada dziecko i podejmuje przerwaną na chwilę demonstrację rozpaczy.

Pod suszarką Kosmatek odzyskuje wigor.
- To jest Damian, on zawsze płacze - mówi.
- Czyli jego mama zawsze przychodzi później?
- Tak, bo są korki - odpowiada z przekonaniem Kosmateusz.

Przestajemy się więc zajmować etatowym nieszczęśnikiem. Jest w tym jakieś okrucieństwo bo przecież nikt sobie rodziców nie wybiera. Może się niektórych ludzi  powinno dostatecznie wcześnie kastrować? No, chemicznie może tylko. 

Z nieco wskutek jego protestów chyba wilgotnym Kosmateuszem 
- przecież już jestem suchy - idziemy do szatni, odbieramy okrycia i buty i ustalamy zasadniczą kwestię.
- Mam drugiego rogala. Chcesz go, czy idziemy do automatu po smakołyka? - pytam.
Kosmatek myśli dojrzale chwilę.
- Zjem jednak rogala - mówi.
- Tego przypalonego!!?
- On nie był przypalony. Jest brunatny bo zdrowy - zracjonalizował zmianę upodobań chłopak.

Idziemy więc do samochodu. Jeszcze krótki spór o to czy za rączkę, przegrany przeze mnie: 
- chłopaki chodzą same - i siedzimy w samochodzie.

Jedziemy na luzie, bez pośpiechu bo już do domu. Mówimy niewiele. Bo i te rogale, nie dość że zdrowe to i smaczne są wielce.

wtorek, 28 grudnia 2010

Fart

Basen jest za ogromnym oknem, przez które rodzice pływających na nim dzieci mogą swoje pociechy oglądać z mrocznego hallu. Na wielkiej pływalni jest o tej porze tylko mała grupa sześciolatków, prowadzona przez bardzo szczupłą Panią w czerwonym dresie, pośród których nie mogę wyróżnić Kosmatka. Poszedł już czas jakiś temu i powinienem go pośród pływaków widzieć. Chociaż, z wody wystają tylko głowy dzieci, w dodatku w trudno stąd odróżnialnych czepkach. Może i tam jest, mogłem przecież przeoczyć moment jego wejścia.

Jednak nie.
- Nie ma mojej Pani - oświadcza, nagle zmaterializowany tuż obok mnie Kosmateusz.
- Jak to nie ma a ta? - pokazuję grupkę na basenie.
- To nie moja Pani - zimno odpiera mój wnuk.
- Chodź. Musimy rzecz wyjaśnić, może w zastępstwie twoją grupę prowadzi ta właśnie Pani?
- Tych dzieci też nie znam - odpowiedź brzmi niepokojąco. Przywiozłem chłopaka na inny basen?

Wchodząc na halę pływalni wpadam w wypełnione chłodną dosyć wodą, zastępujące wycieraczkę zagłębienie u wejścia. Jestem co prawda w stosownych klapkach ale też w długich spodniach i skarpetkach, które od razu chłoną niezłą porcję wody. Udaję, że się nic nie stało ale rzecz nie pozostaje tajemnicą.
- Trzeba uważać - Kosmateusz rzuca beznamiętnie przez ramię w moją stronę. Sam kroczy dostojnie a i bezpiecznie w klapkach na bosych stopach i krótkich porciętach pływackich - niektórzy dorośli się tutaj bardzo denerwują - dodaje rzeczowo. 
- W samą porę mnie ostrzegł - myślę rozbawiony.

- Dzień dobry - mówię do szczupłej Pani. Z bliska widać, że ma jeszcze większą zdolność do unoszenia się na wodzie niż się to wydawało zza szyby. Pewnie pokazując podopiecznym bardziej skomplikowane ruchy ciała może się i w powietrzu unosić.
- Mój wnuk twierdzi, że nie przynależy do prowadzonej przez panią grupy - mówię.
- Ma całkowitą rację, dzieci mam w komplecie, przepraszam - woła i biegnie za oddalającą się w wodzie grupą, porywając za sobą swój nieco opóźniony w biegu, luźny dres. Pozostaje pewnie w obawie, że się zniechęcony daremnością szukania okrywanego ciała obsunie na basenową posadzkę.

Zajęty złośliwościami teraz dopiero rejestruję nagle rozjaśnioną buzię Kosmatka. 
- Co tak wcześnie dzisiaj? - pytanie zadaje “prawdziwa” kosmatkowa Pani, która właśnie wyszła z szatni obok. Też w czerwonym dresie ale ciasno opiętym na opływowej sylwetce. Nie zsunie się na pewno. Może szkoda?
- Zaczynamy dopiero za dziesięć minut - dodaje zwracając się już do mnie.
- Chodź Kosmatku, pomożesz mi rozłożyć pomoce.

Pani pozwala mi wrócić do hallu przez swoją szatnię. Nie muszę się na nowo moczyć w wejściowej śluzie. Męska część oczekujących rodziców patrzy na mnie z nieskrywaną zawiścią. 

Nie dziwię się. W końcu na właściwy basen trafiłem bezbłędnie

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Świętomarcińskość

Mam Kosmatka odebrać z zerówkowej świetlicy szkolnej i zawieźć na basen. Jest śnieżnie, ślisko i w gruncie rzeczy ciemno ale umiejętność pływania się latem przydaje niepomiernie. Ćwiczy zatem zimą Kosmateusz, z niemałym powodzeniem zresztą. Na razie pakuje się statecznie na tylne siedzenie samochodu, stanowczo odmawia pomocy przy zapinaniu pasa i sięga do torby leżącej obok.
- Co to jest? - pyta skrupulatnie.
- Rogal świętomarciński - odpowiadam już jadąc - babcia Wielkopolanka ci go specjalnie wybrała.

Jadę skupiony bo mamusie podjeżdżające ciasną, zaśnieżoną uliczką po swoje pociechy najwyraźniej już myślami są z oczekującą ich w szkole progeniturą. Z pewnym więc zaskoczeniem odbieram kosmatkowy komunikat
- nie lubię świętego.
Wcześnie zaczyna, myślę.
- Jakiego świętego? 
- No tego od babci.
- Rogala nie lubisz? To znakomity przysmak - wołam zdumiony. 

Mężczyzna stojący na chodniku wyraźnie zdradza zamiar wtargnięcia na jezdnię, obserwuję więc kątem oka jego ruchy. Wchodzi. Naciskam hamulec, ABS szarpie idiotycznie, staję z chrzęstem zmarzniętego śniegu. Teraz dopiero dostrzegam znak przejścia. Na asfalcie nic pod pośniegowym błockiem nie widać. Kiwam przepraszająco do przechodzącego, który nawet nie zauważył, że chciałem na nim pierwszeństwo wymuszać i po pewnym czasie dopiero dociera do mnie kosmatkowe
- jest brązowy. No ten święty - dodaje wyjaśniająco nie doczekawszy się od razu odpowiedzi. 
- Lukru ma za mało? - pytam zdumiony. A nie dalej jak wczoraj mnie przecież przekonywał, ze cukier jest szkodliwy bo… biały taki jest. Tylko brunatny jest według Kosmatka jadalny. 
- Nie, jak brązowy to przypalony. Nie lubię.

Wydostałem się wreszcie na główną ulicę i mam trochę luzu.
- Kosmateuszu - mówię, starając się głosowi nadać mentorskie brzmienie - dorośli jadają to, co jest ich organizmowi potrzebne. Dlatego są na ogół duzi i silni. Dzieci jadają tylko to, co im smakuje. Dlatego są często małe i słabe. Jedziesz teraz na basen i musisz się posilić. Nie bądź zatem dzieciakiem.
- To nieprawda - bystrze oświadcza Kosmateusz - dzieci są małe bo jeszcze rosną - dodaje z urazą w głosie.
- Masz rację ale pomiędzy dziećmi są większe i mniejsze, także pomiędzy dorosłymi. Ci mniejsi, to bardzo często niejadki.  

Z tyłu dochodzi pełne namysłu sapanie. W końcu słyszę
- No dobrze, już jem. Nawet ta masa w środku jest niezła - racjonalizuje Kosmatek, przekonany jednak do potrzeby dbania o wzrost.

Bo to przecież nie święci garnki lepią.