Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

środa, 19 grudnia 2018

Lumpeneria

Żyjemy w epoce “fuck you”, czy przekleństwa były od zawsze? Taki problem postawili sobie filozofowie, Julienne Flory z Francji i Jan Skudlarek z Niemiec. Jak zauważają w całym świecie wulgaryzmami w sferze publicznej posługują się głównie prawicowi populiści, lżąc oponentów bez oglądania się na formy towarzyskie. Dają tym wyraz swemu wstrętowi do politycznej poprawności. Obelgi bowiem zastępują argumenty, rozładowują napięcie, unicestwiają najbardziej kompetentnego adwersarza.
Trudno tym twierdzeniom cokolwiek zarzucić, mimo że rzeczywiście przeklinanie od zawsze dawało namiastkę odwetu nad przeciwnikami, których się inaczej nie dało pokonać. Na przykład ciężkiego przedmiotu, spadającego na palce nóg. U nas od czasu komuny bardzo się upowszechniły polityczne niepoprawności. “A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, to przecież wielopokoleniowy wierszyk.
Rzecz nabrała tempa od czasu “wojny na górze”. Jej inicjatorzy dotąd zresztą nie zawarli pokoju. Zmieniali tylko przeciwników i zaplecze, zawsze jednak stając na czele niezadowolonych, których pobudzali do gniewu wyzwiskami, miotanymi pod adresem adwersarzy.
Najpierw więc wrogami byli komuniści, nie, nie ci rzeczywiści. Ci rzekomo zagnieżdżeni w strukturach Unii Wolności. Potem stali się nimi mniemani aferzyści, podobno wyhodowani w cieniu “grubej kreski” przy pomocy “zmowy okrągłostołowej”. Teraz jest nim Donald Tusk, który zastąpił Lecha Wałęsę i na dodatek towarzyszy mu cały element animalny, znaczony zdradzieckimi mordami, co jest powodem jego przynależności do gorszego sortu. Chyba jednak nie zamordowali oni już nikogo, bo o zamachu smoleńskim nie ma jakoś mowy.
Zawsze stosowano obelgi w dyskusjach z tymi, którzy prezentowali argumenty niemożliwe do zbicia. Tylko taki sposób komunikacji dociera do osobników rutynowo używających przekleństw. Wszystkie inne sformułowania są dla nich niesłyszalne, podobnie jak muzyka klasyczna dla większości miłośników heavy metalu.
Tyle tylko, że na początku u nas w obiegu publicznym były inwektywy, wynikające z politycznych preferencji, przypisywanych adwersarzom. Potem przeistoczyły się w mało zaszczytne metafory, aby skończyć wreszcie na ruganiu bliskim tego “pa matieri”.
Powstaje pytanie, czy przy zastosowaniu tradycyjnego słownictwa jest możliwe przekonanie tych, którzy się rutynowo posługują obelgami? Zwłaszcza że jak się okazuje problem wykracza poza granice Polski i trapi cywilizowany świat. Kiedy w dodatku wynika z możliwości Internetu, czyli upowszechnienia głosów tych, którzy przedtem byli słabo słyszalni albo lekceważeni z powodu przynależności do plemienia Marchołta, który jak wiadomo był gruby i sprośny.
Wydaje się, że nie. Bardziej przekonujące będą fakty. Na przykład afery, bizantyjska pycha nuworyszów, wyniesionych na najwyższe stanowiska dzięki głosom koneserów obelg. Wreszcie groźba wprowadzenia czegoś w rodzaju moskiewskiego zamordyzmu, który na powrót zepchnie “głupi polski lud” na jego miejsce. Przecież wiadomo, że nigdy nie zasiądzie on w limuzynach przekraczających zakazy, seicenta i takie tam bzdety. Zawsze więc będzie musiał zazdrościć.
Dlatego Polska może się stać początkiem cywilizowania się polityki, w której jednak obelgi pozostaną, bo “gorszy pieniądz wypiera lepszy”. Nasi prawicowi populiści także w tym się mylą, że nasz lud jest głupi. Nie jest, nawet jak obyczaje ma grube.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza