Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 marca 2022

Wzorzec

Nasze władze organizują pompatyczne spotkania z opozycją. Mówią tam o ataku Rosji na Polskę, którego dopuści się Putin, jeśli nie zostanie zaraz powstrzymany. Pomogą więc Ukrainie, jak tylko zmienią konstytucję. 

Opozycja nie wyraża entuzjazmu. Żąda szczegółów. Chce natychmiastowych działań, do których nie trzeba w ogóle zmieniać prawa. Na przykład zamrożenia zdeponowanych u nas majątków, należących do rosyjskich oligarchów. Zaniechania zakupów paliwa w Rosji.

Władze bowiem swoje przedsięwzięcia podejmują albo naiwnie, albo mają one jakiś inny cel od deklarowanego. Opozycja wręcz podejrzewa, że chodzi tu o możliwość przerzucenia na nią odpowiedzialności za indolencję zmiany dobra. Niektórzy komentatorzy wprost mówią o chęci zapewnienia sobie bezkarności przez władze na wypadek przegrania wyborów. 

Przy pomocy Rafała Trzaskowskiego Jurek Owsiak w ciągu sześciu dni stworzył na Dworcu Wschodnim w Warszawie wszechstronny ośrodek pomocy dla osób uciekających z Ukrainy. Rzecz dotąd nieosiągalna dla aparatu państwowego. Okazuje się, że osoby najbardziej krytykowane przez zmianę dobra mają znacznie większe od niej zdolności organizacyjne.

Zasady sformułowane przez Czachotina, sowieckiego speca od propagandy nakazują, aby straszyć masy i ukazywać im możliwość zapewnienia sobie bezpieczeństwa poprzez postępowanie zgodnie z nakazami propagandysty. Poza tym ów powinien mieć w zanadrzu pewną liczbę ostrych stereotypów, których ciągłe powtarzanie zapewni skuteczność przekazu.

Rzecz była z powodzeniem stosowana przez komunistów. Jak widać, stale jest w użyciu. Putin ją również sobie ceni. Tylko u nas jej skuteczność burzą samorządy i organizacje pozarządowe. Trudno się dziwić, że ich liderzy są stale na celowniku władzy.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Obyczaj

 – Może jeszcze pewna grupa czołowych fanatyków kieruje się marzeniem o budowie tzw. IV RP, czyli konglomeratu faszyzmu, komunizmu i świętej inkwizycji. Ale już drugi szereg w coraz większym stopniu myśli tylko o bogaceniu się, ustawianiu swoich rodzin, choćby kosztem rabunku państwa – pisze Krzysztof Łoziński.

Trudno podważać taką konstatację, ale też trudno przypisywać dobrozmieńcom diaboliczne zamiary. Oni tylko przywrócili stosowny klimat. Potem już zadziałało odwieczne prawo doboru naturalnego. Zawsze przebiega on wedle tradycyjnego porządku.

Kiedy bowiem wszystko zależy od państwa, najwięcej się osiąga pozostając w gronie chwalców władzy. Najbardziej jej zaufani, to członkowie rodzin funkcjonariuszy. Oni więc powinni zyskać najwięcej. Później i do mniejszych profitów dochodzą przyjaciele. Na końcu zaś zwykli zwolennicy.

Taki naturalny porządek gwałcą arywiści, pozostający poza gronem uprawnionych. Oni muszą się wykazać większym zdecydowaniem i pazernością. Mają bowiem zgromadzić też zapasy na czas potrzebny dla przekonania do siebie kolejnej ekipy u władzy. Ich więc głównie poczynania stają się powodem burd i gorszących doniesień medialnych.

Wszystkiemu zaś sprzyja monopol informacyjny. Rzecz wtedy może pozostać w tajemnicy, nikt bowiem do końca nie dowierza szeptanej propagandzie, roznoszącej sensacyjne informacje o profitach beneficjantów łaskawości systemu dla swoich.

A jak się jeszcze pospólstwu rozda część wspólnego dobra i zapewni możność demonstrowania pogardy elitom, ma się jego wdzięczność. Gdyby więc do tego konglomeratu, o którym wspomina Łoziński dodać prawne sankcje dla arywistów, którzy gwałcą porządek chapania i wpychają się przed uprawnionych, byłoby dużo lepiej.

Tyle tylko, że nawet najobfitsze zasoby mają swoje granice. Gdyby nie to, populiści by rządzili wiecznie. I wszędzie. Poza oczywiście kapitalistycznymi państwami, liberalnymi wobec powszechnej żądzy zysku. Grzesznej u nas, zwłaszcza kiedy nie dotyczy uprawnionych.

Ale wiadomo, nihilistyczny Zachód zawsze sprawiał kłopoty prawowiernym zwolennikom tradycji. Imperialiści tacy.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Odmieniacze

 Zwalczanie “ideologii LGBT” staje się głównym celem dobrej zmiany, jej zasadniczym wyróżnikiem wobec innych formacji, które poprzednio były u władzy. Idąc za Józefem Bocheńskim trzeba stwierdzić, że ideologia, to szczególny światopogląd, który wyjaśnia rolę jakiejś społeczności w historii i daje receptę na zbawienie ludzkości. 

Potępiana więc przez dobrą zmianę ideologia w istocie należy do niej. Wszak ona chce naprawić świat przez korygowanie odmieńców. Osoby LGBT bowiem przyznają priorytetowe znaczenie skłonnościom seksualnym negującym komplementarność płciową mężczyzny i kobiety, a tym samym przynajmniej domyślnie podważają ich rodzicielskie powołanie [KEP].

Nieheteronormatywni więc mają uzyskać szansę na poprawę. Nie poprzez przyznanie, że jednak istnieje rzeczona komplementarność. Zmienią orientację. Powstaną zatem poradnie, które dokonają tego także przy pomocy możliwości nadprzyrodzonych (sic!), posiadanych przez Kościół. Rzecz najwyraźniej zmierza do korygowania ewolucji, która w poszukiwaniu doskonałości zawsze przekracza granice.

Kwestia mniejszości seksualnych powoduje, że wyrazicielom dobrej zmiany wszystko się zaczyna kojarzyć jednoznacznie. – Fajnie bo byłoby, że żołnierze WP z Westerplatte w 1939 r. bronili LGBT – napisał Sławomir Cenckiewicz, komentując przejęcie uroczystości na Westerplatte przez wojsko. Można by więc wnosić, że świat się kręci wokół nieheteronormatywnej mniejszości. Przynajmniej ten dobrozmienny świat. A gospodarka, pandemia, kryzys?

Ba! Tam oczywistym wrogiem jest niekompetencja władzy. Jakże to zwalczać? Jeszcze się będzie posądzonym o brak… tożsamości.


piątek, 28 sierpnia 2020

Wybór

 – Metoda “kradniemy, ale się dzielimy” nie zadziała w warunkach kryzysu – mówi Donald Tusk. I ma rację. Aliści kradzież to wielkie słowo. Nieprawdą bowiem jest, że kto kłamie, ten zaraz kradnie. Marnotrawstwo jest bardziej oczywiste. Jego ofiarami są nie tylko podatnicy. Ich pieniądze i tak są wydawane przez kogo innego.

Ofiarą padają spółki skarbowe. Najbardziej widoczny fakt, to finansowanie przez nie jedynie słusznej propagandy. Profesor Sadurski wymienił w tym kontekście listę partnerów Telewizji Republika. – Ładny symbol oligarchizacji polskiego autorytaryzmu: państwo + biznes + media – napisał. Trudno tu cokolwiek dodać. 

Główna zaś metoda eksploatacji rzeczonych firm to wprowadzania do ich zarządów ludzi niekompetentnych, ale zasłużonych. Obok pandemii także temu należy przypisać ich kłopoty. Państwowe spółki giełdowe — poza PGNiG i PKN Orlen, z których pierwsza uzyskała odszkodowanie od Gazpromu, drugiej okazyjnie sprzedano akcje Energii — razem mają w drugim kwartale wynik gorszy o blisko 5 miliardów złotych od osiągniętego w porównywalnym okresie ubiegłego roku. W dodatku PZU odpisał od swoich aktywów bez mała miliard złotych na fundusz repolonizacji banków. Po raz pierwszy więc w historii swego istnienia ogłosi dziś stratę na koniec kwartału. 

Aliści głównym chyba problemem naszej polityki jest ideologiczna czystość. Dobra więc zmiana demaskuje niemieckich konserwatystów. Jej wyraziciel o nich mówi, iż gdyby sięgnąć 30 lat wstecz, nikt by nie uwierzył, że to będą partie, które przejmą agendę i język lewicy, że będą promować LGBT, politykę gender, czy małżeństwa homoseksualne - co ostatnio zrobiła niemiecka chadecja. Immanentną zatem cechą prawdziwej prawicy byłoby upaństwowienie banków, mediów itd. I to by nie było przejmowaniem agendy lewicy. Podobnie jak rozdawnictwo.  

– PiS nie przygotował kraju na trudniejsze czasy i zapłaci za to wysoką cenę. Niestety Polacy też - we wspomnianym na wstępie wywiadzie mówił Donald Tusk. Bo obok pandemii mamy jeszcze zapowiedź gospodarczego kryzysu.

A w ogóle, to każdy jest kowalem swego losu. My też.

czwartek, 27 sierpnia 2020

Apuchtinada

 – Najbardziej znanym architektem takiego myślenia w Polsce był kurator Apuchtin, który obiecywał swoim zwierzchnikom, że dzięki jego nowemu sposobowi nauczania matki będą śpiewały dzieciom kołysanki nad Wisłą po rosyjsku – przypomina profesor Nałęcz.

Rzecz jest o nowych programach szkolnych. Także zresztą dotyczy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i w ogóle powrotu hurrapatriotycznej propagandy. Wszystko ma przypominać o moralnych zwycięstwach, odniesionych przez naszych przodków wskutek zaniechania troski o organizacyjne przygotowanie powstań.

W tym wszystkim nie mogła się ostać bez poprawek historia “Solidarności”. Przecież to wielkie polskie zwycięstwo, odniesione wedle nowoczesnych zasad. Bez krwawych ofiar i zniszczeń. Zupełnie nie przystaje do tradycji.

W tych warunkach formacja, dokonująca bogoojczyźnianej rewolucji nie mogła zrywu sierpniowego przedstawić inaczej, jak spisku przygotowanego przez wiadome siły, które w wyniku tego nie tylko zachowały komunistów u władzy, ale i pognębiły naród polski, spychając go w łapy zachodnich nihilistów. Taki sposób interpretowania niedawnej przeszłości musiał szczególnie przypaść do gustu oportunistom, którzy przedtem ochoczo uczestniczyli w budowie socjalizmu.

I tu mamy ambaras. Ginierał Apuchtin nie miał sukcesów. Mamki po staremu śpiewały polskie kołysanki. Ale ów carski kurator nie tylko wzmógł analfabetyzm w Priwislanskim Kraju, ale i stworzył metodę wychowania kolejnych rzesz obskurantów. Zasadniczy więc cel osiągnął.

Powstanie Warszawskie usunęło z mentalności Polaków romantyczne mrzonki. “Solidarność” stała się tego dowodem. Ale jak widać historyczny epigonizm nadal dobrze prosperuje.

Chociaż taż u nas już od rozbiorów dobrze ma się wychowanie alternatywne, odwołujące się do odmiennych zasad, niż propagowane przez jedynie słuszne wzorce. Zwłaszcza kiedy odstręczają zadęciem.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Światowcy

 Aleksandr Łukaszenka rozkręca histerię wojenną. Pokazuje się z bronią i w kamizelce kuloodpornej. Wedle niego NATO ma go zaatakować od strony Polski i jego armia będzie reagować bez ostrzeżenia.

W Internecie pojawiają się informacje, z których wynika chęć zagarnięcia przez nas części Białorusi. Wedle Tomasza Piątka są inspirowane przez Moskwę.

Rzecz zaś nawiązuje do czasu komuny. Wtedy w propagandzie komunistów zachodni imperializm też szczerzył zza Łaby zęby na społeczności demoludów. A rewizjoniści Adenauera zamierzali nam odebrać Ziemie Odzyskane, które piastowskie były od zawsze.

Również kiedy się ubiegaliśmy o wejście do Unii, obskuranci natychmiast podnieśli ten sam problem. Głosili, że Niemcy zabiorą nam Szczecin, Wrocław i Gliwice oraz wykupią ziemię orną w pozostałej części kraju. Przeobrażą je w parki krajobrazowe i tak wygłodzą naród.

Zapomnieli jednak o długofalowych skutkach, jakie przynosi kłamstwo w polityce.

Może więc prezydent Białorusi powinien sobie przypomnieć, że najbardziej patriotycznym tekstem w historii naszej części Europy jest uniwersał konfederacji targowickiej. Zawiązano ją dla obrony wolności, zagrożonych zdaniem jej organizatorów przez Sejm Czteroletni oraz Konstytucję 3 maja. Jej skutek był dokładnie odwrotny od sygnalizowanego w oficjalnym dokumencie.

Może to prawidłowość, że autorytaryzm nasila kłamstwo do granic krachu. To więc nie pycha a fałsz by kroczył przed upadkiem. Znowu dobrozmienna propaganda wypada dwuznacznie.

Ale tym razem to w międzynarodowym kontekście. Szlachetniej.

niedziela, 23 sierpnia 2020

Zamiennik

 – Jarosław Kaczyński, pokłóciwszy się kiedyś z Markiem Jurkiem, miał się głośno zastanawiać, czy jego dawny prawicowy sojusznik jest „agentem”, czy też po prostu „wariatem”. Dziś, kiedy rządzone faktycznie przez Kaczyńskiego państwo jest konsekwentnie nieme wobec Putina i Łukaszenki i równie konsekwentnie wrogie wobec demokratyczno-liberalnego Zachodu, należałoby to pytanie powtórzyć pod adresem samego Jarosława Kaczyńskiego – stwierdza Cezary Michalski.

Dobra zmiana się radykalizuje. Z rządu odchodzą bezpartyjni fachowcy. Na miejscu ministra spraw zagranicznych pojawił się eurosceptyk, nie tający przekonania, że Unia legalizuje zoofilię, przymusową eutanazję i kanibalizm. Nic dziwnego, że nie interesują go poczynania Łukaszenki, ale Zachód przejmuje wstrętem.

Wiceminister spraw zagranicznych, który ma teraz innego szefa, nie widzi niczego nadzwyczajnego w wyznaniach nowego pryncypała. Powiada, iż dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że polityk, który ma konserwatywne poglądy zostaje ministrem w konserwatywnym rządzie. Teraz więc mamy oficjalne potwierdzenie, że w dobrej zmianie znakiem prawicowości jest poważne traktowanie mitów.

Polacy nie są jednak zbyt konserwatywni. Świadczyłaby o tym tablica reklamująca pewną restaurację. Napisano tam: Proszę nie wchodzić jeżeli masz objawy covid19, rasizmu, homofobii. Dziękujemy. Wszak w reklamach się nie wypisuje kwestii zniechęcających klientów.

Pozory mylą. Wiadomo to od dawna. Ale sygnały niepokoją. Bo przykład ze Wschodu bierzemy rzeczywiście. W dodatku pod antyrosyjskimi hasłami. Aby więc uniknąć grzesznej rozkoszy kanibalizmu, popełniamy polityczne samobójstwo.

W rezultacie nie wiadomo czy absurdalne zachowania nie są właśnie istotą dobrej zmiany.

piątek, 21 sierpnia 2020

Szczerozłotość

 Podwyżki uposażeń polityków nie tylko się nie udały, ale i wzbudziły protesty. Żaden moment nie byłby dobry i w każdej chwili wybuchłaby medialna awantura, ale ten był akurat w miarę dobry, bo środek lata, wakacje, ludzie są zajęci innymi problemami niż śledzenie medialnej nagonki. Rekonstrukcja rządu może oznaczać zmniejszenie liczby ministerstw do dwunastu, trzynastu. Jeżeli rząd zostanie odchudzony, to z pewnością nie będzie możliwe oferowanie koalicjantom 2 resortów. Tak się pan marszałek Terlecki znowu wykazał szczerością.

Zastępca Rzecznika Dyscyplinarnego Sądów Powszechnych chce wdrożenia postępowań dyscyplinarnych w sprawie tysiąca dwustu sędziów, którzy wystąpili do OBWE o monitorowanie wyborów prezydenckich. Mogą wylecieć za to z pracy. Ośmielili się bowiem skorzystać ze swoich uprawnień. Podobnie jak szczeciński sędzia, który badał zdolność arbitrów niższej instancji  do orzekania. Też będzie miał kłopoty.

Wczoraj zdymisjonował się najbardziej ze wszystkich poprzedników milczący nasz szef dyplomacji. Od dwóch miesięcy nie też był w stanie wyrazić zgody na przyjazd nowego ambasadora Niemiec do Polski. To by było powodem rezygnacji? Może — jak pisze Roman Giertych — niebawem też minister edukacji się zdecyduje, zapewniając, że rzecz planował od dawna?

To doniesienia jednego letniego dnia, w którym ludzie są zajęci innymi problemami. Mieliśmy kiedyś rząd, który się sam wyżywił, teraz mamy taki, który się sam rekonstruuje. Jeden i drugi był szczery do bólu. I oba podejmowały się ambitnych wielce zadań.

Wygląda to atoli tak, jak by oba nie miały szczęścia. A przecież zrobiono wiele, aby Polacy dostrzegli wagę ich usiłowań.


czwartek, 20 sierpnia 2020

Światy

 – Tak bywa na świecie, że respiratory nie dojeżdżają – to powtarzany przez media greps, którym się na odchodnym popisał minister Szumowski. Odszedł a następcy nie ma. Ministerstwo jest bez głowy. Katarzyna Lubnauer ostrzega więc przed niepotrzebnym pojawianiem się w okolicy Nowogrodzkiej. Mogą złapać i zrobić ministrem, zdrowia w dodatku.

O swojej dymisji profesor Szumowski — był też ustanowiony kimś w rodzaju apostoła — wiedział już w czasie, kiedy zapewniał, że nigdy, przenigdy nie opuści ministerstwa, chociażby dlatego, że jako żeglarz i sternik wie, iż się takich rzeczy nie robi.

Najbardziej więc w ocenie premiera zasłużony członek gabinetu łgał w żywe oczy. W takiej sytuacji wiarygodność zarówno jego, jak i innych ministrów staje pod znakiem zapytania. Tym razem po raz pierwszy niejako oficjalnie. Przedtem głosili to tylko komentatorzy poczynań władzy.

Tymczasem posłowie opozycji nie odpuszczają i stale drążą sprawę zakupu nie tylko rzeczonych respiratorów, ale też maseczek i przyłbic, nabywanych nie w hurtowniach, a od sportowca czy innego oscypkarza. Były już minister żałuje, że parlamentarzyści nie znaleźli się w ministerstwie, kiedy trzeba było pomóc. No i teraz wiadomo, kto zawalił, bo nie powiedział członkom rządu, gdzie się kupuje sprzęt medyczny.

– Na całym świecie nie ma takiego ministra, którego się dymisjonuje, jak jest fantastyczny, świetnie się sprawdza, ma niezły PR. W polityce tak się nie dzieje, tym bardziej, gdy w perspektywie są trzy lata rządów – mówi portalowi Wiadomo.co Mirosław Oczkoś.

Ale my nie jesteśmy na całym świecie. Jesteśmy w jego odwrotności, wobec tego wszystko u nas musi być na opak.


środa, 19 sierpnia 2020

Tradycje

 Fundacja Życie i Rodzina przy pomocy Radia Maryja zbiera podpisy pod inicjatywą ustawodawczą. Chcą zakazu demonstrowania dla osób LGBT. Arcybiskup Częstochowy zaś chce opublikować listę mediów zakazanych dla katolików. 

Rodzinni więc fundatorzy zapomnieli o Konstytucji, hierarcha natomiast chce uzupełnienia dawno zapomnianego Indeksu ksiąg zakazanych. Edykty Zygmunta Starego przewidywały stos i konfiskatę majątku za publikowanie zamieszczonych w nim ksiąg.

Teraz też media mają się znaleźć na indeksie. Ponieważ ów efekt religijnej cenzury rozwinął się równolegle do wynalezienia druku, arcybiskup wprowadzając do niego elektronikę (internetowe portale też tam przecież będą) otwiera nową epokę w historii. Ciekawe tylko, czym ten stos zastąpią? Grillem? Podobno media go używają do maltretowania polityków. 

Za dużo święconej wody, za mało mydła pisał niegdyś Boy o Polsce, wytykając zacofanie naszym przodkom. A teraz? Otwieramy epoki. Trochę inaczej jak Białoruś, ale zawsze. 

Gmina Tuchów, która się ogłosiła wolną od LGBT i z tego powodu straciła unijne dopłaty, otrzymała rekompensatę. Przekazał ją minister sprawiedliwości w trzykrotnej wysokości utraconej kwoty. Pieniądze pochodzą z Funduszu Sprawiedliwości, który na co dzień pomaga ofiarom przestępstw. Rzecz nasuwa ambarasujące konotacje.

Wyraźnie więc widać starcie kultur. Postęp w higienie potwierdza jednak przewagę jej nietradycyjnej odmiany. Przynajmniej ta znaczona homofobią  jest w odwrocie. A że głośna staje się bardzo, nic dziwnego. Zawsze przegrani są hałaśliwi. 

I tak jednak pozostanie, bo nic bardziej nie wabi Polaka, jak deptanie ideologicznych zakazów.


sobota, 8 sierpnia 2020

Ambiwalenie

 Pani Lichocka znowu jest wiceszefową sejmowej komisji kultury. W ten sposób w dobrej zmianie albo został nobilitowany gest, który sam Prezes uważał za kontrowersyjny, albo uznano, że wódz jest omylny. Wniosek o przywrócenie stanowiska pani Joannie zgłosił Marek Suski. Drugi więc wariant wydaje się mniej prawdopodobny.

Wczoraj też za swój gest pani Lichocka została przez Komisję Etyki Poselskiej ukarana naganą. Tam atoli dobra zmiana nie ma wielkiego wpływu na orzeczenie komisji.

Prezydent pewnie również ma niepełną władzę, bo niedawno usunięty na jego żądanie Jacek Kurski znowu będzie prezesem TVP. Dokończy swoją czteroletnią kadencję, rozpoczętą w 2016 roku. Wybrała go rada, narodowa oczywiście. Aliści nie dokonała tego jednomyślnie.

Jak dowodzi rozliczenie kosztów podróży jedynie słusznego europosła można w lutym podróżować z Jasła do Brukseli wyrejestrowanym i wyzłomowanym przed laty, w dodatku pożyczonym fiatem punto w wersji kabriolet. A co? Jak się ma coś pilnego do załatwienia, to się nie traci czasu na kolejki przed wejściem do samolotu. No i nie dba o wygody. I koszta. Wszak jak zmiana, to dobra.

Dwoistość przekazu nie opuściła też koronawirusa. Wprawdzie udało mu się zakazić ponad 800 osób jednego dnia, ale TVP Info podkreśla fakt, że od początku pandemii wyzdrowiało u nas już ponad 36 tysięcy chorych. I to nie jest ostatnie słowo ani wirusa, ani głosicieli radości ozdrowieńców.

Nie będzie żadnego wsparcia dla firm, poszkodowanych wskutek dodatkowych restrykcji, spowodowanych wzrostem tempa zachorowań. To przynajmniej jest jednoznaczne.

Nie tylko. Nauczyciele nie otrzymają obiecanych podwyżek. Brak pieniędzy. To w ich przypadku stan chroniczny. Podobnie jak nieustający trud szefa ZNP, tego samego od lat. Nie ma więc niespodzianek.

I co? Byczo jest.

czwartek, 6 sierpnia 2020

Nierzeczywistość

– W Zgromadzeniu Narodowym – ze względu na szacunek dla instytucji państwowych – udział weźmie delegacja parlamentarzystów KO. ...W zaprzysiężeniu prezydenta nie wezmą udziału szefowie partii wchodzący w skład KO jako wyraz sprzeciwu wobec łamania przez Andrzeja Dudę Konstytucji RP – takie jest stanowisko Koalicji Obywatelskiej.

– Zaczynamy żyć w pewnej iluzji, mamy Trybunał Konstytucyjny, który będzie niby orzekał o zgodności z konstytucją, mamy neo-KRS, która będzie rekomendowała sędziów, Sąd Najwyższy będzie niby orzekał o jakichś sprawach, mamy prezydenta, który też będzie niby podpisywał ustawy, które na końcu będą wchodziły w życie i nas obowiązywały. Tylko to wszystko jest na niby, żyjemy w iluzji prawnej – mówi dr Mikołaj Małecki z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W tym kontekście nie dziwi postawa opozycji wobec zaprzysiężenia prezydenta przed Zgromadzeniem Narodowym. – Socjalistyczna logika głosiła, że socjalistyczna dyktatura jest "demokracją ludową".Czy na takiej logice nie jest oparta zapowiedź niektórych polityków, że wezmą udział w zaprzysiężeniu wielokrotnego gwałciciela Konstytucji z..szacunku do tej Konstytucji? – pyta Leszek Balcerowicz.

Skutek jest taki, jak w załączonej uchwale:

image

Dorobiliśmy się właśnie stanu prawnego, który podważają prawnicy. W oczach legalistów już nie tylko sądy nie zapewniają sprawiedliwego procesu, ale cała machina państwa nie ma prawnego umocowania. Dziwny to kraj, w którym za wieszanie tęczowej flagi trafia się na noc do więzienia, a za gwałt na dziecku jest tylko przeniesienie do innej parafii - pisze internautka. Bo wedle ministra konwencja stambulska narzuca styl życia nieakceptowalny dla Polaków.

Księżycowa ideologia zeszła na ziemię i zderzyła się z rzeczywistością. Szkoda, że u nas.


wtorek, 8 lipca 2014

Donosy

„Czy się brzydzę tą osobą? Brzydzę się - mówił o Piotrze Nisztorze w Poranku Radia TOK FM Roman Giertych. - Uważałem go za szantażystę, gangstera i bandytę - dodał były wicepremier. "Wprost" zarzuca Giertychowi, że ten organizował spółkę mającą na celu szantażowanie biznesmenów”. [Onet.pl]. Zaatakowany dziennikarz będzie się domagał przeprosin. Skarży się też, że wydawnictwo, z którym miał umowę na wydanie książki, traktującej o nieprawidłowościach prywatyzacyjnych, opartej na mnóstwie dokumentów z Ministerstwa Skarbu i IPNu odstąpiło od zawartej z nim umowy, podobnie jak kilka innych.
Teza „Wprost” by się może i broniła, gdyby się ukazała książka, której nakład Giertych rzekomo zamierzał odkupić. Jeżeli jej jednak nadal nie ma, podobnie jak całości nagrań, to cała sprawa się opiera na przypuszczeniach. W dodatku opartych na jednostronnie prezentowanej rozmowie przy wódce. Twierdzenie zatem, że adwokat, potomek znanej od pokoleń w polskiej polityce rodziny naprawdę próbuje zarabiać na szantażu jest dostatecznie daleko odległe od prawdopodobieństwa aby mu poświęcać większą uwagę.
 
Zdecydowanie tezie pisma przeczą też spójne wyjaśnienia Romana Giertycha u Moniki Olejnik w „Kropce nad i” a przede wszystkim potwierdzenie jego wersji przez Jana Pińskiego, trzeciego uczestnika nagranej rozmowy, w programie Elizy Michalik „Nie ma żartów”. Piński na potwierdzenie swoich słów zauważa, że rozmowa nie miała dalszego ciągu i nikt naszych miliarderów nie szantażował. Materialnym zaś dowodem jest jego późniejsza korespondencja mailowa z Nisztorem, zachowana w całości, z kontekstu której łatwo można wyczytać potwierdzenie wersji Romana Giertycha.
 
Teraz jednak rusza lawina pomówień. Wielu się raduje, bo ich zdaniem gazeta skompromitowała rządowego (sic!) adwokata. Nie sposób jednak zapomnieć, że ów w programie Moniki Olejnik, publicznie więc doradzał niegdyś prokuraturze wybór prawnej podstawy dla oskarżenia organizatorów podsłuchów z afery taśmowej. Wskutek tego zagrożenie karą za banalny czyn mogło wzrosnąć do gigantycznych rozmiarów. Temu właśnie, zemście za uprzytomnienie możliwych konsekwencji przypisuje Roman Giertych opublikowanie przez "Wprost" nagrań z jego prywatnej rozmowy. 
 
Zabrał też głos Antoni Macierewicz. I od razu mamy szereg wielce kontrowersyjnych stwierdzeń. Oto na aferze taśmowej skorzystali jego zdaniem Amerykanie. Walka, jaka się wedle szefa wiceprezesa PiS toczy w łonie PO ujawniła, że do całego szeregu nagannych wedle pana Antoniego zachowań polityków tej partii "dochodzą ukryte działania na rzecz Rosji przy deklarowanym publicznie sojuszu z USA". [ibidem]. Na odblokowanie sceny politycznej jest tylko jego partia przygotowana i to otwiera PiSowi drogę do władzy. 
 
No i występuje też tradycyjne u Antoniego Macierewicza stwierdzenie, że o całej sprawie "wiadomo o wiele więcej niż to, co zostało zanalizowane i przekazane opinii publicznej" [ibidem]. Kto wie? Amerykanie? Nie powiedział. „To wynik bezwzględnej walki o władzę między Bronisławem Komorowskim i Donaldem Tuskiem. Prawdopodobnie tropy wiodą do otoczenia obozu prezydenckiego i dlatego ten wewnętrzny konflikt jest wyjątkowo bezwzględny - mówi w wywiadzie dla „Do Rzeczy”.” [Gazeta.pl]. Wiech taką wiedzę określał zwrotem: „co pan wisz a ja rozumie”. 
 
Afera podsłuchowa wyraźnie już skończyła w maglu, gdzie się też w rzeczywistości rozpoczęła. Od połowy czerwca mamy w niej czterech podejrzanych, osiemnastu pokrzywdzonych i wielką liczbą tomów akt. Prędkość przyrostu papieru w stosunku do liczby pokrzywdzonych i podejrzanych ilustruje chyba rozmiary absurdu, z jakimi się musi zmagać prokuratura. I media. 
 
Trudno się więc oprzeć uczuciu podziwu dla czystości wizerunku pisma, prezentującego oficjalną wypowiedź, zamiast podsłuchanej. „Była żona zdradza, że zawiodła się na mężczyźnie swojego życia. Przyznaje, że był dla niej wszystkim. Dziwi się też, że prezes PiS Jarosław Kaczyński trzyma takich ludzi u swego boku. – Tak go kochałam, a on okazał się chłopcem bez zasad, uzależnionym od władzy. Ktoś tak niemoralny nie może zostać w takiej partii, jaką jest PiS! – stwierdziła” [Fakt.pl]. Tak mówi po ślubie byłego małżonka ze swoją następczynią kolejna żona, porzucona przez posła prawicy.
 
Wakacje.

czwartek, 3 lipca 2014

Kant

Empiria prowadzi do różnych osądów. Kiedy na podstawie autopsji odwołujemy się do własnych doświadczeń, często wyciągamy subiektywne wnioski. Dopiero kiedy nasze obserwacje możemy wesprzeć ogólnymi prawidłami, które zawsze rządzą zaobserwowanym fenomenem mamy szansę na obiektywną ocenę zdarzenia. Tak z grubsza wygląda pogląd Emanuela Kanta na przydatność naszych zmysłów.
Kiedy więc na podstawie zawartości podsłuchanych taśm polityk powiada, że rządzi nami sitwa, wyraża subiektywny pogląd, oparty na doświadczeniach wyciągniętych z lat intrygowania, którego się sam dopuszczał. Nie da się bowiem udowodnić, że wspólne spożywanie posiłku połączone z wymianą poglądów, przypuszczeń, odreagowywaniem stresów czy nawet ustalaniem poczynań jest zawsze knuciem przeciwko komukolwiek. A to by był warunek niezbędny dla zobiektywizowania twierdzenia o uczestnictwie podsłuchanych ministrów w przestępczej zmowie. Kiedy zaś totumfacki takiego odkrywcy spisku powtarza słowa swego mentora o sitwie, zdradza tym albo niezrozumienie istoty rzeczy albo chce protektora wprowadzić w błąd co do swoich intencji. 
 
Niedawno opublikowano badania fenomenu kłamstwa. Okazuje się, że jedna czwarta wypowiadanych przez nas sądów jest celowo nieprawdziwa. Kłamiemy dla poprawienia nastroju rozmówcy, kiedy mu na przykład prawimy komplementy lub dla osiągnięcia osobistych korzyści. Wydaje się, że politycy częściej kłamią z tego drugiego powodu. 
 
Rzeczony totumfacki mógł być głupi i mówić co wiedział. Mógł też celowo okłamywać przełożonego, aby może zostać kiedyś ministrem. Jego szef raczej jednak powinien wiedzieć co mówi. Podobnie jak jego rywale do władzy z innych partii opozycyjnych, kiedy się biedzą nad możliwie szerokim rozdmuchaniem afery. Ba, ci muszą mieć świadomość, że nie mając raczej szans na rządy torują w ten sposób swemu konkurentowi drogę do władzy. Więcej, starają się nas wpędzić w sytuację, którą sami uważają za najgorszą z możliwych. Tak dalece, że zgodnie wykluczają jakikolwiek alians z otwartym głosicielem sitwy. Poza tym mają też chyba świadomość, że ich subiektywne zarzuty są diabła warte. 
 
Powstaje zatem pytanie o uczciwość drogi wybranej dla zawładnięcia krajem. Jeżeli żona Cezara musi być niczym kryształ górski, to co dopiero jej małżonek. Atoli nie może być czysty ktoś, kto osiągnął zaszczyt rządzenia państwem poprzez kłamstwo. Jak można mu wierzyć, że posiadłszy cel nie będzie dalej okłamywał obywateli serwując im wieści o jakimś urojonym niebezpieczeństwie, które rzekomo zwalcza, zaniedbując rzeczywiste problemy?
 
Jest i drugie pytanie. Na czym opierają swoje nadzieje politycy, subiektywnie jedynie przekonani o swojej racji? Czy nie na przekonaniu, że wyborcy i tak nie pojmą o co chodzi? Czy nie na tym polega pogarda dla elektoratu? Czy zatem oficjalnie nie usprawiedliwiają prywatnie wyrażonego zdania jednego ze swych przeciwników, że charakteryzuje nas „murzyńskość i płytka duma”? Co zaś powiedzieć o otaczaniu się pochlebcami, bezkrytycznie powtarzającymi kłamstwa swoich patronów? Na pewno nie dyskwalifikuje to polityka?
 
Sami sobie musimy odpowiedzieć na nasuwające się wątpliwości. Jedno zaś jest pewne, lepszy jest ten, kto przynajmniej udaje prawdomówność od tego, kto kłamie bez żenady.

wtorek, 1 lipca 2014

Mefistofelizm

PiS zjednoczy opozycję wokół Prawa i Sprawiedliwości a bezbożni lewicowcy utworzą kolejną hybrydę równoważnych partii. Eseldowcy mają bardziej zawikłaną sytuację, bo pisowcy górują wielce nad przyłączanymi odpryskami, SLD zaś ma znacznie mniej posłów, chociaż trzykrotnie większe poparcie od palikotowców. Niemniej spróbują stworzyć kolejną mutację niegdysiejszego sojuszu wielu odłamów. I w tym się jawi podobieństwo obu inicjatyw, PiS bowiem też znowu będzie przyłączał. I znowu w obu tworach powstanie problem podzielenia się przywództwem. Tak czy owak mamy kolejną fazę ruchu frykcyjnego, któremu od lat podlegają obrzeża sceny politycznej. Wygląda jak by oba jej skrzydła próbowały w ten sposób rozedrgać platformerski środek i połamawszy go na części przyłączyć odpowiednie kawały do siebie aby wygrać wybory.
Wibracje mają w sobie ogromny potencjał. Szczególnie, kiedy co najmniej dwa ośrodki zaczynają drgać w tym samym rytmie. Jeżeli się wówczas nałożą na siebie zgodne fazy ich ruchów, następuje silne wzmocnienie oddziaływań, które w konsekwencji może doprowadzić do zniszczenia trwałej na pozór całości, na przykład sceny politycznej. Bezbożnicy nie bardzo mogą celowo uzgodnić swoje poczynania z wierzącymi, bo nazbyt wiele jest pomiędzy nimi sprzeczności. Rzecz ilustruje stosunek do sztuki „Golgota picnic”. Niegdyś prawicowy odstępca od PiS a obecnie kandydat do jedności powiada, że jej wystawianie stanowi jeden z dowodów zwalczania u nas religii przez państwo. Bezbożnicy zaś uważają protesty pobożnych przed prezentującymi utwór teatrami za przejaw religijnej cenzury. 
 
Trudno się w takich warunkach pogodzić i lewicowcy muszą liczyć na przypadek. I taki się właśnie wydarzył w wyniku ogłoszenia podsłuchanych rozmów polityków PO. Oba odłamy opozycji znalazły w tym okazję do jednoczenia wysiłków, ale nie odkryły jeszcze w sobie determinacji do ich synchronizowania. Bezbożnicy zatem dążą do ustanowienia komisji śledczej a pobożni do przeprowadzenia konstruktywnego wotum nieufności ze swoim rytualnym już technicznym premierem, jako alternatywą dla osłabionego rzekomo Tuska.
 
Tyle tylko, że koalicja rządowa też nie próżnuje i jak pokazały dotychczasowe głosowania silnie zwiera szeregi. W wyniku tego zarówno komisje śledcze jak i techniczne władztwo nie ma wielkich szans. Aliści cała scena polityczna zamiera w kolejnym klinczu, utwierdzając swój bezruch. Drgania nie są bowiem ruchem postępowym. Konserwują tu tylko stan pewnej równowagi.
 
W tym sezonie stagnację polityczną burzy KNP Janusza Korwin - Mikkego, zdobywający coraz większe poparcie. Korwinowcy nie wyrażają chęci rządzenia, ale w zamian za ustawy są gotowi popierać „nawet ludożerców”. Wymyślił to już w poprzedniej kadencji Janusz Palikot i zaproponował taki układ Platformie. Na próżno. A w rezultacie takiego rozwiązania następuje istotne wzmocnienie rządów mniejszościowych w zamian za rezygnację z własnej, tym razem głównie lewicowej tożsamości.
 
To iście diabelski gambit, władza za wymuszony liberalizm. To ogromna pokusa nie tylko dla obu współzawodniczących odłamów marksizmu - pobożnego i bezbożnego. Także ewentualnie dla PO, gdyby się w wyniku afery taśmowej okazała po wyborach zbyt słaba na stworzenie większościowej koalicji z PSLem. Przy małych stratach współzawodnikiem do wsparcia przez korwinowców by dla niej było Prawo i Sprawiedliwość. Jeżeliby jednak koalicja eseldowsko rucherska [Miller] odłamała sobie dostatecznie duży kawał Platformy, miałaby podobne szanse na rządy ze wsparciem KNP jak PiS.  Każde więc z obecnych ugrupowań może zdobyć władzę pod warunkiem, że kupowanie poparcia nie będzie mu dane. Kiedy by zaczęło, straci rządy na rzecz mniej nieoględnego konkurenta.
 
Kto się okaże moralnym rygorystą a kto nie? „Być albo nie być, oto jest pytanie”.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Pachnidła

Jacyś zwolennicy Polski dla Polaków lub "nieznani sprawcy" zbezcześcili meczet w Kruszynianach. Joachim Brudziński wyraził wstyd, że się u nas znaleźli idioci, którzy się dopuścili zniszczenia świątyni. Tymczasem jego szef zamierza znowu jednoczyć prawicę aby skutecznie protestowała przeciwko tej wstrętnej PO, która jego zdaniem gardzi Polakami, przypisuje im murzyńskość i w ogóle posłom opozycji daje tylko dziesięć minut na wygłaszanie oświadczeń. Za dziesięć do dwunastu dni podejmie kolejną próbę zjednoczenia prawicy. Czyli ma zamiar przyciągnąć do siebie także nacjonalistów? To co z tym oświadczeniem Brudzińskiego?
SLD ma podobny problem. Lidia Geringer de Oedenberg tuż po wyborach opuściła szeregi partyjne.  Powodem są intrygi wewnętrzne i rozmijanie się lewicowych słów z czynami. Szczegółów na razie pani deputowana nie ujawnia. SLD jednak utracił jednego z czterech posłów w Parlamencie Europejskim, ustanowionych w ostatnich wyborach. Rzecznik partii więc uważa, że odchodząc powinna się zrzec też mandatu. To jednak również tylko słowa, których się nijak nie da wdrożyć w życie.
Ryszard Kalisz również zasługuje na uwagę w kontekście poprzednio przywołanych doniesień. Bywał w restauracji „Sowa i Przyjaciele” a nikt nie opublikował nagrań z jego rozmów, które były konstruktywne zdaniem posła wielce. Sam tedy będzie musiał zapewniać wyborców o swojej do nich miłości. I też pewnie nie może liczyć na brak pamięci u tych, którzy obserwowali jego satysfakcję, kiedy butnie oświadczał, że prezydent Kwaśniewski właśnie zawetował był podział administracyjny państwa, zaproponowany przez Jerzego Buzka i reformę podatków Leszka Balcerowicza. 
Także kobiety już machnęły ręką na panakaliszowe stowarzyszenie o nazwie Wspólny Dom Polska i same przystąpią do wyborów. Dla poszerzenia zaś elektoratu zrezygnują z dawnej nazwy „Partia Kobiet”.
Niedzielne doniesienia znakomicie charakteryzują naszych polityków, których słowa nie znajdują na ogół potwierdzenia w czynach, często nawet w faktach a czasem kompromisy ze skrajnymi ugrupowaniami plamią obraz ugrupowań, przypisujących sobie wyłączność na przestrzeganie wartości. 
Kłamie jednak cała przyroda. Pojedyncze osobniki starają się swemu otoczeniu przedstawić jako wyższe, piękniejsze, bardziej wonne, kolorowe, przydatniejsze. Kiedy zaś należą do świata ludzi udają też mądrzejsze niż są w rzeczywistości. I mają rację, bo kiedy próbują tego zaniechać tracą nie tylko elektorat ale i przyjaciół, partnerów, umierają w końcu. Im więc trudniejszy cel, tym więcej nieprawdy w użyciu.
Szczere zaś wyznanie żalu przez Ryszarda Kalisza odsłania powody poczynań naszych dzielnych reprezentantów. Rozgłos i w konsekwencji władza są ich celem, nawet jak się je zdobędzie przy wykorzystaniu owoców trudu podsłuchiwaczy. Gabinety najwyższych urzędów roztaczają taką upojną woń. I prawdziwą.

piątek, 20 czerwca 2014

Kalistyka

Postkomuniści grzmią, że wraca w Polsce państwo policyjne, organiczni zamordyści wołają o prześladowaniu mediów, dziennikarze jak lwy bronią redaktora, którego przedtem zgodnie i bez litości obmawiali w swoich tekstach, wyciągając niewygodne fakty z przeszłości. Wszyscy zaś chcą ustąpienia rządu, rzekomo wdrażającego prokuratorskie metody dławienia wolności słowa, w odwecie za ujawnienie, że jego funkcjonariusze przeklinają przy posiłkach we własnym gronie. Najzabawniej tu wypadła ekstaza Moniki Olejnik, która jedną krótką wypowiedzią porwała za sobą tłumy dotychczasowych kontestatorów własnej postawy dziennikarskiej. Skrytykowała rząd niczym gorzowska siedemnastolatka, w oczy i tak samo mądrze. Świat stanął na głowie.
Zastępca redaktora naczelnego tygodnika, uciemiężonego przez władze żądaniem wydania dowodów przestępstwa odpowiada premierowi, że opublikuje taśmy w takim czasie, jaki uzna za stosowny a nie od razu wszystkie, jak by sobie tego życzył szef rządu. Ma podobno dziewięćset godzin nagrań i jak by wszystkie ujawnił to albo by słuchaczom uszy zwiędły albo by pozasypiali z nudów. Sami się bowiem też lubują w soczystych skrótach myślowych, gdy pośród rozmówców pozostających w komitywie jeden wyraz zastępuje całe piętra retorycznych łamańców. Na razie jednak o tym zapomniano i opinia pała oburzeniem, jak jej każe pierwsza dama naszych mediów, znienacka sprzymierzona z moherowymi moralistkami. 
 
Na tym tle namaszczone postulaty PiSu wypadają szczególnie komicznie. Jak zawsze, kiedy słowami trzeba igłę przebrać za widły. Tyle tylko, że zużyli już najcięższe określenia przy mniej korzystnych okazjach i teraz pouczenia wodza sprawiedliwych są składane z wyblakłych wielce metafor, nie robiąc takiego wrażenia jak nieoczekiwana emfaza popularnych dziennikarzy. No i tradycyjnie przekraczają pisowcy granicę absurdu. Wedle nich nie chodzi tu już platformersom o zachowanie władzy a o uniknięcie więzienia. Dlatego mają przekraczać wszelkie granice aby uniemożliwić publikację dalszych taśm. I dlatego chcą je oddać organom śledczym, które rzeczywiście mogą zaordynować odsiadkę. 
 
Prokuraturze w dodatku chodzi o dostęp do pierwotnego nośnika zapisu informacji, czyli o to, czym rzekomo nie dysponuje w śledztwie smoleńskim i co inspiruje wyrazicieli PiS do twierdzenia jakoby ono nie istniało. Odmowa zatem dostępu do oryginalnych dowodów mogłaby tu właśnie oznaczać chęć zablokowania śledztwa przez odebranie prokuratorom dostępu do pierwowzorów nagrań.
 
Co się zatem stało? Mamy chyba silny nawrót relatywizmu. Media są pluralistyczne i na co dzień wiele z nich się skłania do potępiania podsłuchów, nawet jak są legalne, bo czynione w majestacie prawa. W żadnym atoli wypadku nie dopuszczają ingerencji prokuratury we własne podwórka. To ma pozostać nietykalne. I dla uzasadnienia sprzeciwu stosują pierwszy z trzydziestu siedmiu sposobów wymienionych w „Erystyce” Schopenhauera. Uogólnienie. Zgodne z prawem żądanie wydania nośników nazywają ograniczeniem wolności wypowiedzi tak, jak by to było równoznaczne z wymaganiem ujawnienie donosiciela. Nie o niego tu raczej chodzi a o stwierdzenie modus operandi podsłuchiwaczy, dzięki czemu by można było dowieść lub wykluczyć udział w prowokacji kogoś, już podejrzewanego o maczanie palców w całym przedsięwzięciu.
 
Puszczenie jednak przez dziennikarzy płazem tego, że policja grzebie w redakcyjnych szafach i komputerach oznaczałoby uznanie równości korporacji medialnej wobec prawa. Każdemu bowiem można zaaplikować prokuratorskie przeszukanie mimo, że konstytucja chroni naszą prywatność. I nikt się temu nie dziwi. Ale też nie każdy może sobie uzurpować stawanie ponad prawem, bo jest tylko szarym obywatelem a nie aż dziennikarzem.
 
Wojna się zatem toczy o to co zawsze. O przywilej. A za to się opłaca składać ofiarę z własnej powagi nawet najbardziej znanym żurnalistom. Ona zresztą jest pierwszą ofiarą rzekomego łamania prawa przez tyrański jakoby rząd Tuska.

niedziela, 12 grudnia 2010

Przyczyny

''Fałszowanie smoleńskich zbrodni z bolszewikami – współudział i zdrada'', ''Zabito prezydenta, a teraz zdrajcy z PO sprzedają Polskę'', ''Komorowski won do Moskwy'', ''Komoruski, Komoruski''. Takie między innymi hasła mieli na transparentach uczestnicy „marszu pamięci” dla uczczenia kolejnej grudniowej daty smoleńskiej katastrofy. "To była wielka tragedia, ale stoi przed nami pytanie, co z tej tragedii wyniknie. Czy wyniknie przebudzenie, czy ten naród będzie coraz bardziej pogrążał się w złym śnie, w którym zapomina się o wartościach, o Polsce? " Tak do zebranych tam ludzi mówił dramatycznie Jarosław Kaczyński.

Trzy panie, krewne ofiar katastrofy wyszły demonstracyjnie ze spotkania z Premierem. Wygłaszał bowiem według nich expose, nie było możliwości zadawania pytań, zachowywał się niewłaściwie. Jedna z nich wręcz powiada, że została przez Donalda Tuska obrażona. Skądinąd wiadomo, że pełnomocnicy ofiar zadają prawnicze, prowokacyjnie brzmiące pytania co odstręcza niektóre z rodzin od uczestniczenia w tych zebraniach. Tym zaś razem udzielano odpowiedzi na pytania wcześniej zadane pocztą elektroniczną i chyba z góry było wiadomo, że nie będzie można pytać bezpośrednio. Inni uczestnicy nie potwierdzają tego aby słyszeli cokolwiek obraźliwego z ust Premiera.

Zainicjowany rzekomo spontanicznie „Ruch smoleński” odbył swój inauguracyjny zlot w sposób dokładnie wykorzystujący metody oddziaływania na podświadomość. Ciemna sala, oświetlony jaskrawo mówca, rozjarzone ekrany, wielokrotnie powtarzane hasła, wybiórczo interpretowane fakty. I oczywiście samorzutni organizatorzy, dysponujący jednak ogromnymi możliwościami organizacyjnymi.

To wszystko nie pozostawia żadnych wątpliwości. Katastrofa jest moim zdaniem wykorzystywana politycznie. W odróżnieniu od układu, szarej sieci, oligarchów i całego realsocjalistycznego sztafażu pisowskiej propagandy poprzednich lat ma ona niezaprzeczalną zaletę - zaistniała naprawdę. Można ją zatem wykorzystać dla dowodzenia dowolnej, nawet najbardziej absurdalnej tezy. Świadczą o tym zarówno transparenty uczestników marszu jak i wypowiedzi polityków czy zachowania niektórych osób bezpośrednio dotkniętych nieszczęściem.

Katastrofa jednak, jako polityczna oś działań opozycji ma również zasadniczą wadę. Nie mniejszą od tej, jaką miał układ. Bezsporne się bowiem wydaje, że za sprawą bierności ich przełożonych bezpieczeństwo prezydenckiej pary  zawisło na ramionach źle wyszkolonych kapitanów i poruczników . I młodzi ci ludzie w źle pojętej gorliwości złamali zasady bezpieczeństwa, które by dla nich powinny być oczywiście nieprzekraczalne. I organizatorzy podróży zignorowali wnioski, jakie się po katastrofie Casy w Mirosławcu wydawały jednoznaczne - nie wolno gromadzić w jednym samolocie najważniejszych osób w państwie.

Jeżeli się więc ostatecznie okaże, że organizatorem lotu była kancelaria prezydencka a dowódca odpowiedzialny za szkolenie pilotów i wdrażanie w lotnictwie procedur bezpieczeństwa był przez zmarłego Prezydenta chroniony przed dymisją, to Smoleńk się stanie dla politycznych celów zupełnie nieprzydatny.

Stąd też może gorączkowość obecnych działań, która ma póki jeszcze czas możliwie dużej liczbie ludzi zaszczepić przekonanie, że to jakiś nikczemny spisek doprowadził do tragicznej śmierci znacznej części naszej elity.

piątek, 10 grudnia 2010

Niepoprawność

Na konferencji prasowej z okazji Dnia Walki z Korupcją Jarosław Kaczyński zarzucił Platformie atak „na instytucje walczące z korupcją, jak CBA czy NIK". Towarzyszący mu Mariusz Kamiński dodał, że za rządów Platformy pozbyto się z Centralnego Biura przeważającej liczby doświadczonych urzędników zastępując ich funkcjonariuszami związanymi ze służbami mundurowymi lat osiemdziesiątych, czy zgoła podejrzewanymi przez aparat ścigania o łamanie prawa. Nie wiadomo mu też nic o losach śledztwa w sprawie siedmiu wysokich urzędników  rozpracowywanych w czasie, kiedy on kierował Biurem.

Były też smaczki. Janusz Wojciechowski się popisał zaskakującym dowcipem o ślepym koniu wyścigowym, udzielającym podobnych odpowiedzi jak nadzór sądowniczy. W swoim stylu się pokazał sam Prezes stwierdzając, że „dobrze byłoby, gdyby prezydent Polski był człowiekiem większego wymiaru moralnego i intelektualnego”. Krótko był bowiem internowany i potem się według doniesień Gazety Polskiej zachowywał na przesłuchaniu przez SB niegodnie. W konferencji uczestniczył też Zbigniew Ziobro.

Powiało IV RP. Skondesowany klimat oskarżeń, pomówień i negatywnych ocen. Szczególnie charakterystyczne jest stawianie nad antykomunistycznymi opozycjonistami ludzi w czasach komuny biernych. Oni wprawdzie nie byli w ogóle internowani i jeżeli nie współpracowali z władzą czynnie to przeciw niej nie oponowali ale też nie kluczyli wobec bezpieki. Czyli się nie plamili niegodnym postępowaniem. Wobec państwowego urzędu jednak.

Ci zaś znakomici urzędnicy najlepszego rzekomo po upadku komuny polskiego rządu swoją gorliwość posuwali w trakcie pracy tak dalece, że za pomocą specjalnego kabla bezpośrednio, online podsłuchiwali delikwentów rozpracowywanych  przez swoich podwładnych. Przy pomocy luksusowych samochodów, motocykli, plików pieniędzy prowokowali do przyjmowania łapówek… romansowo według nich usposobione damulki. Przypadkiem niejako reprezentujące konkurencyjną opcję polityczną. Próbowali do korupcji przywieść urzędującego wicepremiera, zupełnie jednak ignorując jego uwikłania w aferę seksualną. Przy pomocy antyterrorystycznego programu komputerowego, otrzymanego od sojuszników wplątali w podejrzenia ministra spraw wewnętrznych, szefa policji. Minister natomiast nosił ze sobą dyktafon cichcem ale mimochodem niejako nagrywając swoje rozmowy z kolegami z rządu do ewentualnego, późniejszego wykorzystania.

Najgorzej zaś wyglądają efekty tej gorliwości. Skazano jakichś pośredników, w nerwicę wpędzono nieszczęsne celebrytki, przegrano procesy o zniesławienia, nieuprawnione zatrzymania, dziennikarze się uskarżają na podsłuchy. W końcu w atmosferze skandali, kłótni, oskarżeń i pomówień oddano władzę. A CBA pozostało z niepotrzebną willą w Kazimierzu. Jak nieomal Janek Himilsbach z angielskim.

I teraz się znowu o rządy ubiegają!!!