Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

wtorek, 17 września 2019

Programiści

Media epatują się programem ogłoszonym przez PiS w ponad dwustustronicowym tekście, pokazanym w Internecie. Ten zaś niczym papier, zniesie wszystko. Najbardziej kontestowany jest proponowany tam sposób cofania immunitetów i powołanie samorządu dziennikarskiego. Pozornie wszystko jest w porządku, w pierwszym wypadku Sąd Najwyższy skontroluje zasadność ewentualnego posadzenia posła w kryminale, w drugim samorządność jest przecież istotą demokracji.
Tyle tylko, że o wszystkim decydują kadry. Sąd Najwyższy bowiem ogólnie będzie kontrolował, ale w istocie jego Izba Dyscyplinarna, a jej bezstronność może być kwestionowana, bo wybierają ją również politycy. Samorząd zaś i owszem, ale sposób jego konstytuowania jest najważniejszy. Jeśli dokona tego większość parlamentarna, to media mogą być jej posłuszne na modłę węgierską, jeżeli nie turecką.
Chociaż z drugiej strony publikatory dowodzą, że Prezes się nie przywiązuje do swoich poglądów. Wszak w 1993 roku mówił o rodzinie, że “Nie jestem zwolennikiem tego, co proponują konserwatyści z ZChN, czyli powrotu do rodziny tradycyjno patriarchalnej, z ostrym podziałem zadań między współmałżonków, z niepracującą żoną otoczoną masą dzieci. To nie jest model możliwy do zaproponowania współczesnemu społeczeństwu. Nawiasem mówiąc, szczególnie w Polsce, gdzie co drugi mężczyzna jest mizernym pijaczyną i stawianie na niego jest nierokującym powodzenia przedsięwzięciem. To smutne, ale taka jest nasza rzeczywistość”.
Jeszcze gorzej miał się wyrazić o suwerenie: “Na prowincji, w niektórych rejonach Polski, króluje ogromnie degradujący model życia. Mówiąc żartem, często wychodka nie ma, ale video musi być. Wyróżniamy się w Europie liczbą magnetowidów. Ludzie pracują, jeżeli jeszcze jest praca, wracają do domu, piją wódkę i oglądają "pornosy". Robią to też dzieci”.
Oczywiście można wzorem Zenona Kliszki utrzymywać, że są to stwierdzenia, które powinny “być zdjęte z porządku propagandy partyjnej”. Ale w Internecie nic nie ginie i jeżeli suweren (wszak zrodził neo-elitę, która przeobraża Polskę) ma wybaczyć rzeczone słowa, może postulować metodę Prezesa, który na jednej z miesięcznic mówił, że “Przebaczenie jest potrzebne, ale po przyznaniu się do winy i wymierzeniu odpowiedniej kary”.
Tak czy owak mamy niebawem wybory i nie darmo zapisano dwie setki stron z górą. Suweren i tak tego nie czyta, wszak jest podobno zajęty piwkiem i pornosami, co również kiedyś skonstatował Prezes. Ale liczy się fakt, że przeciwnicy na pewno nie przedstawią programu o takiej objętości. A z przypisywanych mu upodobań wynika, że dla suwerena musi ona mieć znaczenie.

2 komentarze:

  1. Oj tam Rozszyfrowano juz "to co zapisano"I skad zaczerpnięto wzorce
    Do przemyślenia…
    Bogdan Miś: Tajemnicze uwagi o dziennikarstwie

    16.09.2019

    Dotarłem do dziwnego tekstu. Oto on. Wygląda jak jakiś stenogram z instruktażu. Jakbym to kiedyś słyszał…

    Zacznijmy od krytyki. Więc, towarzysze, może ona być konstruktywna – albo nie. Jak zobaczycie jakieś zło i je opiszecie – to jest krytyka. Ale jeśli na tym sprawa się skończy – to nie jest krytyka konstruktywna. Bo czemu takie ujawnienie zła służy? Z jednej strony – niby ostrzega, piętnuje, zapobiega podobnym sytuacjom na przyszłość. Informuje. Ale z drugiej strony mówi to ludziom, że nasza partia tego zła nie dostrzegła. Że błądzi. Czyli obiektywnie – to nam szkodzi. I my taką krytykę zdecydowanie odrzucamy. Bo czysta informacja, to – towarzysze – bardzo często z politycznego punktu widzenia dezinformacja.

    Bo popatrzmy na sprawę inaczej. Skąd, towarzysze, wiecie, to co wiecie? A może partia wie o wszystkim, ale prowadzi subtelną grę i czeka cierpliwie, by sprawcy tego zła obnażyli się do końca? By ujawnili sojuszników – naszych wrogów? Wtedy wasz krytyczny tekst wszystko może zepsuć…

    A jeśli partia rzeczywiście nie wie – to znaczy, że wy, prosty skrobipiórek, mówicie: ja wiem lepiej niż towarzysze z władzy. To zaś jest wszak niemożliwe, jednostka nie może wiedzieć lepiej. To dowodzi tylko i jedynie waszej próżności. Zarozumialstwa. A my takich dziennikarzy nie chcemy.

    Więc dziennikarz, który rozumie swoją misję jako żołnierza naszej partii, który jest świadomy i ideologicznie wyrobiony – zobaczywszy zło nie ograniczy się do opisania go. Więcej: nie będzie się z tym spieszył. Pójdzie z tematem do instancji partyjnej, przedstawi go, poprosi o ocenę. Da partii szansę zareagowania. Bo – nie oszukujmy się – rzadko, bo rzadko, ale partia jednak też błądzi. Bo partia to ludzie, a ludzie bywają omylni. Ale naród nie powinien o tym wiedzieć. Naród musi mieć pozytywne wzory, ufać – rozumiecie? A wy chcecie to zaufanie poderwać. Tak jest obiektywnie, niezależnie od waszych intencji.

    Ale i to mało. Dobry, zaangażowany dziennikarz nie tylko widzi zło. On musi – a co najmniej: powinien – wiedzieć, jak to zło usunąć. I idąc ze swoim tematem do instancji partyjnej, powinien jej przedstawić swoje propozycje naprawy. Tylko wtedy jego krytyka zasługuje na nazwę konstruktywnej. I tylko taką krytykę możemy akceptować, towarzysze.

    Oczywiście, towarzysze, nie będziemy takich zachowań na was wymuszać administracyjnie. Nasza partia nie jest od tego. Nasza partia liczy na waszą samoświadomość i samorządność. Ona tylko wskazuje kierunki. A tu kierunek jest taki: zorganizujecie się, towarzysze. Będziecie mieli własny samorząd, który poprowadzi odpowiednie szkolenia i zdecyduje o przyznaniu wam uprawnień do pisania czy posługiwania się kamerą, czy mikrofonem. Bo powiedzmy wyraźnie: do czego by prowadziło, gdyby nikt o takie uprawnienia nie pytał? Publikowałby – kto chce, a to przecież nazywa się woluntaryzm i anarchia.

    Bo, towarzysze, wolność słowa – to wolność świadomego słowa, a nie gadanie czy pisanie co się komu zachce i gdzie mu się spodoba.

    I ten wasz samorząd, towarzysze, będzie mógł każdego z tego tak ważnego i odpowiedzialnego społecznie zawodu wykluczyć, na stałe – lub czasowo. To się będzie nazywało zakaz publikacji.

    Mówicie, że to będzie niedozwolona cenzura? Ależ skąd, przecież nie powołamy żadnej instytucji, która by przed publikacją czytała wasze teksty. Co innego po publikacji, bo to już jest praca badawcza, której wyniki naturalnie będą dla nas użyteczne politycznie i mogą posłużyć do udzielenia odpowiednich życzliwych rad i wskazówek samorządom. Ale o cenzurze mowy nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zastrzegamy sobie tylko jedno: nie może być tak, że wy sobie sami wybierzecie ten samorząd. Muszą w nim zasiadać – i to z głosem decydującym — reprezentanci suwerena, bo w przeciwnym wypadku stalibyście się przecież jakąś nową kastą. Bo u nas nie ma i nie może być nietykalnych; lud lub jak wolicie suweren, decyduje – oczywiście, w porozumieniu z konstytuującym naszą tożsamość Kościołem katolickim – o wszystkim.

    Tak nam dopomóż Bóg.

    I – żebyście nie mieli wątpliwości – ta instrukcja została zatwierdzona. Czy muszę wam mówić przez kogo? Z pewnością – nie. Przecież jesteście świadomymi bojownikami naszej świętej sprawy…

    OdpowiedzUsuń

Przepraszam, ale nie odpowiadam na komentarze, bo odpowiedzi się nie pojawiają.