Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

wtorek, 22 lipca 2014

Pajdokraci

Spór o demokrację sięga starożytności. Jego istotą jest odpowiedź na pytanie czy zbiorowość jest w stanie się oprzeć demagogii, jeżeli odrzuci władztwo tego “co wobec nas uprzednie” [R. Rorty]. I tu się zaczyna problem. Jako “uprzednie” można przecież podstawić “wartości” pozwalające nie tylko kontrolować ludowładztwo, ale je zgoła odrzucić. I tak Hitler wykorzystał nację a Lenin proletariat jako antydemokratyczną dominantę. Obaj odeszli już w niepamięć. Obaj jednak dzięki cynizmowi zbudowali potężny ruch, grożący zniewoleniem całemu światu. I właśnie ogólnoświatowa potęga niemieckiego oraz rosyjskiego populizmu doprowadziła do globalnej kompromitacji ich zasad. 
W rezultacie naśladowcy klasyków muszą się teraz zadowalać parafiańskim raczej zasięgiem i tam uciekać do promowania zmodyfikowanych też idei, które już raz w czystym wydaniu się okazały bezwartościowe. Obserwujemy więc “polityków”, ubierających demokrację w religijne raczej szatki, dodając im niejako mimochodem narodowych barw, przy troskliwym wszakże eksponowaniu sprawiedliwości społecznej, jako podstawie wszelkiej moralności. Na takiej zapewne podstawie ma być oparta nowa konstytucja, którą podobno zgodnie opracują socjalistyczno prawicowi liberałowie klerykalni, zjednoczeni w jednym organizmie politycznym. 
 
Taka koniunkturalna hybryda łącząca głównie elementy dewocyjne z marksowskimi, jako protezę tego “co wobec nas uprzednie”, przynosi też nieoczekiwany skutek. Kanalizuje poczynania wszelkiego rodzaju oburzonych hiperdemokratów. Oni również są kontestatorami panującego w Polsce eklektycznego ustroju, ale w odróżnieniu od skrytych za “wartościami” zwolenników autorytaryzmu chcą demokrację uwolnić od wszelkich prób narzucania jej jakichkolwiek ograniczeń. Także konstytucyjnych. Wola większości, aktualna, by nie rzec doraźna, ma wedle nich decydować o państwie, prawie, gospodarce a w końcu i własności czy wolności. Na razie są więc skłonni do współdziałania z głosicielami dyktatury aby wespół obalić niesprawiedliwy rzekomo, obecny ład, ale się nie bardzo kwapią do przyjęcia autorytarnych pryncypiów głoszonych przez łże-demokratów. 
 
Z tego chaosu się łatwo wybijają na czoło otwarcie antydemokratyczne ruchy kwestionujące nie tylko uprawnienie klasy politycznej do sprawowania władzy, ale i stawiające w wątpliwość którąś z wartości uważanych przez zwolenników autokracji za świętą. Obserwowaliśmy więc w poprzednich wyborach sukces antyklerykałów, teraz się wybijają kontestatorzy sprawiedliwości społecznej. Za każdym zaś razem wykorzystują dość szeroko rozpowszechnioną pogardę dla klasy politycznej, której zresztą atakowanie przyniosło już dawno marszałkowską i premierowską godność Andrzejowi Lepperowi. Ba, dzięki niemu PiS już raz doszedł do rządów. Ten klasyk powszechnego protestu kwestionował wtedy wszystko, jeżeli nie słowem, to czynem. I niekoniecznie rąk.
 
Mamy więc u nas nadal żywy spór o demokrację, wykrzywianą w dodatku przez cynizm przegranych parlamentarzystów, którzy porzucając własne wartości płaszczą się przed zwalczanymi przez siebie niedawno politykami, kiedy tylko dostrzegają nieskuteczność dotychczas promowanej demagogii. A korzystają na tym coraz bardziej zabawne figury. Za każdym jednak razem inne. Niemodne się też stały gadżety, teraz trzeba policzkować adwersarzy lub przynajmniej głosić absurdy. Emocje się bowiem liczą, nie sztuczne narządy. Nawet pomalowane na różowo. 
 
Ale spór o demokrację jest stary jak świat. I odwieczni są biorący w nim udział antagoniści ludowładztwa, stale jednakowo skłóceni z realiami. Zabawki tylko mają coraz to inne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przepraszam, ale nie odpowiadam na komentarze, bo odpowiedzi się nie pojawiają.