Liczba wyświetleń w zeszłym tygodniu

piątek, 25 maja 2018

Władanie

Joachim Brudziński oświadczył, że "ci wszyscy, łącznie z tymi wszystkimi delfinami, czy tymi, którym być może roi się w głowie coś na kształt zamiany pana premiera Kaczyńskiego albo zastąpienia go na stanowisku szefa partii, muszą jeszcze uzbroić się w długą, i to bardzo długą cierpliwość".
Bardzo to znamienna wypowiedź. Komentując ją profesor Nałęcz zauważył, że minister spraw wewnętrznych jest jedyną osobą, która ma obecnie dostęp do szefa. Jako taki jest oczywistym delfinem, czyli kimś naznaczonym na następcę władcy, gdyby ów nie mógł sprawować urzędu.
“Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” krzyczał Władysław Gomułka w 1945 roku, przypadkiem formułując tak zasadę obowiązującą w układach niedemokratycznych. Z takim mamy teraz do czynienia w Polsce. Państwo ma Prezesa, decydującego o wszystkim i odłączonego od swej domeny wskutek choroby. Ów, przekazując swoje prerogatywy zastępcy, dał mu zakosztować jedynej rzeczy boskiej, dostępnej człowiekowi, władzy, i ktoś taki nie jest raczej w stanie zapomnieć związanej z nią radości, niczym alkoholik brzęku szkła.
Ktoś zatem, wyniesiony na szczyt raczej niechętnie przyjmuje myśl o utracie nabytego statusu, czego u nas wyrazem jest rzeczone ostrzeżenie, skierowane do konkurentów. Więcej, nasz minister wbrew oczywistemu interesowi partii mimowolnie ujawnił istnienie pretendentów do prezesury, rzecz dotychczas skrywaną jeszcze bardziej od rodzaju cierpienia, jakiego właśnie doświadcza Prezes. Formacja jest bowiem na zewnątrz prezentowana jako monolit.
I teraz już nie ma znaczenia, czy pan Brudziński zwróci szefowi władzę po jego powrocie. Już teraz się zaczął czas walki z konkurentami. Akcja zaś powoduje reakcję, należy więc oczekiwać kontrataku.
Ba, media wskazują pierwsze ofiary rozgrywek, toczonych na razie za pomocą odwoływania zwolenników. Czterech ministrów ma być zdymisjonowanych na żądanie premiera. Czyli dopiero co zrekonstruowany rząd dozna kolejnej rekonstrukcji. Wszyscy ci państwo przetrwali pierwszą burzę i teraz by stawali wobec drugiej, zupełnie niespodziewanej.
W takiej sytuacji Prezes może odebrać poparcie swemu zastępcy, chociażby z obawy przed jego niefortunnie rozbudzonymi ambicjami. Przecież swoim nominatom na wysokie stanowiska rządowe ustawicznie daje do zrozumienia, komu zawdzięczają dostojeństwo. Czekałaby więc obecnego zastępcę albo zsyłka do Brukseli, albo zapomnienie.
Chyba, że raz zdobytej władzy by nie oddał. Ale by to już była zupełnie inna historia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przepraszam, ale nie odpowiadam na komentarze, bo odpowiedzi się nie pojawiają.